MUZYKO(B)LOGowe podsumowanie roku 2011 – ALBUMY

Każdy szanujący się muzykobloger winien jest swoim czytelnikom (pisane przez duże „c”, o ile chodzi o tych moich) ranking wydawnictw muzycznych, które rekomenduje. Mimo że MUZYKO(B)LOG istnieje od roku 2009, dopiero w tym roku udało mi się opracować i przedstawić Wam ranking moich ulubionych albumów z minionych 12 miesięcy. W ubiegłym roku przymierzałem się do publikacji takiego zestawienia, ale ułożenie płyt w miejsca było na tyle kłopotliwe, że ostatecznie ograniczyłem się do wskazania tytułów wydawnictw, które z roku 2010 najlepiej będę wspominał (wpis znajduje się w tym miejscu). Za to bardzo bogaty w informacje i moje przemyślenia był wpis stanowiący MUZYKO(B)LOGowe podsumowanie roku 2010 w kategorii „single” (możecie przeczytać go tutaj). Tym razem nie mogłem odpuścić i chociaż kosztowało mnie to wiele pracy, a lista zmieniała kształt chyba ze 150 razy, dzisiaj otrzymujecie ode mnie ranking albumów, a w przyszłym tygodniu singli.

  • Uwagi wstępne

Za odsłuchiwanie albumów pod kątem poniższego rankingu zabrałem się już na początku 2011 r., co zaowocowało długą listą tytułów, które brałem pod uwagę, dokonując selekcji. Do dzisiaj przesłuchałem bowiem 200 wydawnictw, które opatrzono datą wydania 2011. Zdecydowana większość z nich to longplaye. Ponadto pojawiła się tu mała reprezentacja wydawnictw krótkogrających. W 2011 roku poważniej podszedłem prócz tego do propozycji z Polski, co skądinąd obiecywałem Wam w singlowym podsumowaniu za rok poprzedni. Niestety ogromny zawód sprawił mi zespół Kamp!, którego zapowiadany na wrzesień 2011 r. długogrający fonograficzny debiut nadal pozostaje tylko czczą obietnicą. Z triem Kamp! w minionym roku kilkukrotnie miałem styczność na żywo. Zakochałem się w kilku jego kawałkach, a przede wszystkim uwierzyłem w tę muzykę, mimo że na początku byłem nieco sceptyczny. Brak tego albumu na rynku uważam za największe rozczarowanie roku. Mam nadzieję, że moje wyczekiwanie zostanie wynagrodzone w roku 2012, a album formacji powalczy u mnie o miano albumu sezonu. Ale nie ma tego złego… Na szczęście zamiast wspomnianej płyty pojawiło się kilka innych, udanych wydawnictw rodzimych artystów, które szybko zdobyły moje uznanie, czego konsekwencją jest pojawienie się 4 z nich (szkoda, że tylko tylu) w top 40 mojego podsumowania.

40 – nie mniej, nie więcej. Tyle pozycji ma moje albumowe podsumowanie. Aczkolwiek szybki rzut oka na listę unaoczni Wam, że gości na niej nie 40, lecz 41 tytułów. Stało się tak z tej przyczyny, że 2 przesłuchane przeze mnie albumy The Weeknd zdecydowałem się umieścić na równorzędnej lokacie.

Nie będę przekonywał Was do tego, że jest to zestawienie 40 (41) najlepszych moim zdaniem albumów 2011 roku. Wolę uznawać je za listę moich ulubionych płyt zakończonego niedawno sezonu. Przydzielając każdemu z tytułów konkretną pozycję, starałem się uwzględniać przy tym stopień mojego przywiązania do niego względem innych tytułów. Nawet jeżeli stopniowanie sympatii daje niezadowalające efekty, zawsze można posługiwać się dodatkowymi kryteriami – a te również wziąłem pod uwagę, szukając w każdym albumie jego artystycznych walorów. Być może za tydzień układ miejsc wyglądałby już nieco inaczej, ale możecie być pewni tego, że czołowe pozycje zestawienia są dużo mniej przypadkowe niż te końcowe.

Mój ranking ma pewną cechę, która zdecydowanie wyróżnia go na tle wszystkich tego typu zestawień. Ujawniam Wam bowiem pełną listę tytułów, które brałem pod uwagę podczas selekcji. Na pewno w tym roku przybędzie albumów wydanych jeszcze w roku 2011, które trafiły w moje ręce (dosłownie albo w przenośni) po opublikowaniu tego wpisu. W planach mam np. przesłuchanie płyt EMA czy Real Estate, na co do dzisiaj nie starczyło mi czasu, a nie chciałem odwlekać w nieskończoność tego podsumowania. Nie mogę ponadto wykluczyć, że – mimo tego, iż najatrakcyjniejsze moim zdaniem albumy z minionego roku przesłuchałem – przeoczyłem coś, co przypadłoby mi do gustu. Tym bardziej, że analogiczna sytuacja miała już miejsce w roku 2010 z krążkami „Gilgamesh” Gypsy & The Cat oraz „Lovefinder” Noviki, którym wtedy nie dałem szansy. Pierwszy przeoczyłem, drugiego nie planowałem słuchać. Gdybym jednak dał im szansę w odpowiednim czasie, na pewno zarekomendowałbym je we wpisie podsumowującym tamten sezon.

Czego w roku 2011 najbardziej mi zabrakło? Miłego dla ucha, doskonale wykonanego, nieprzekrzyczanego, przebojowego, kobiecego R&B, które nawiązywałoby do udanych dla tego gatunku lat 90. XX wieku. Główny nurt dla kobiecego R&B jest ostatnio mało przychylny, ale wierzę, że „los się musi odmienić”. Garstkę albumów z kobiecym R&B wydanych w 2011 r. co prawda przesłuchałem (do kilku innych się przymierzałem, ale przesłuchana „próbka” była mało zachęcająca), jednak nie otrzymałem tego, czego szukałem. Lepsza perspektywa rysuje się dla współczesnego, męskiego R&B. Nadzieją dla tego nurtu w roku 2012 będą, jak sądzę, The Weeknd i Frank Ocean. Mam nadzieję, że casus Adele spowoduje, że dobre, kobiece głosy znów będą w cenie i wezmą górę nad wątpliwej jakości wokalami takich pokracznych „wokalistek”, jak Lauren Bennett („Party rock anthem”), Nayer („Give me everything”) czy Kalenna („Welcome to St. Tropez”), którymi w 2011 roku obrodziło.

Ogrom miejsca w moim rankingu zajmują wydawnictwa garściami czerpiące z elektroniki. Rynek jest ostatnio takimi płytami zasypywany, dzięki czemu jest z czego wybierać. Wszak nawet jeżeli odczuwam niedosyt z powodu małej ilości ciekawych albumów stanowiących przeciwwagę dla tego trendu, nie mogę ignorować faktu, że w stosie płyt z nurtu electro jest po prostu dużo wartościowych pozycji, na które należy zwrócić uwagę. Szkoda, że do radiowego obiegu promujące je single trafiają tak rzadko, przegrywając w bezpośrednim starciu ze sztampowym, robionym bez polotu electropopem (electrogniotem?), który przecież też może brzmieć nieprzeciętnie (patrz: Cut Copy).

Kończąc „wstęp”, który przyjął raczej funkcję „rozwinięcia”, mogę Wam zdradzić, że w roku 2012 polskie wydawnictwa planuję zlustrować dokładniej niż miało to miejsce w minionym roku (o tym poprzednim nawet nie wspominając), by wyłowić jeszcze więcej płyt oraz singli, które mógłbym Wam zarekomendować w kolejnych podsumowaniach. Tegoroczne poszukiwania przyniosły średnio zadowalające efekty, ale wierzę, że będzie coraz lepiej. Przejdźmy zatem do rankingu moich ulubionych albumów z roku 2011.

  • MUZYKO(B)LOGowe podsumowanie roku 2011 – top 40 albumów

40. Joss Stone „LP1”

39. Firefox AK „Color the trees”

38. Wolf Gang „Suego faults”

37. Miles Kane „Colour of the trap”

36. Arctic Monkeys „Suck it and see”

35. Noel Gallagher’s High Flying Birds „Noel Gallagher’s High Flying Birds”

34. Ed Sheeran „+”

33. Toro y Moi „Underneath the pine”

32. Erik Hassle „Mariefred sessions (EP)”

31. Frank Ocean „nostalgia, Ultra.”

30. The Weeknd „House of balloons” / „Echoes of silence”

(fot. mixtapemonkey.com)

29. Tatiana Okupnik „Spider web”

(O Tatianie pisałem tutaj).

(fot. googleusercontent.com)

28. Monarchy „Around the sun”

(fot. flickr.com)

27. Neon Indian „Era extraña”

(fot. onet.pl)

26. Snow Patrol „Fallen empires”

(fot. blogspot.com)

25. Coldplay „Mylo Xyloto”

(fot. blogspot.com)

24. Pati Yang „Wires and sparks”

(fot. magazynbasista.pl)

23. Adele „21”

(fot. hevaultmag.com)

22. Florence + The Machine „Ceremonials”

(fot. primped.com.au)

21. Foster The People „Torches”

(fot. hemusicphiles.com)

20. Kasabian „Velociraptor!”

Długo przymierzałem się do tego albumu. Odkładałem w czasie moment stawienia czoła „Velociraptor!” – tak jakbym obawiał się rozczarowania. I faktycznie się rozczarowałem. Sobą. Tym, że tak długo zwlekałem. Nie jest to co prawda rewelacyjny album. Nie słucha się go z zapartym tchem. Nie szumi od niego w uszach. Nie unosi się nad nim aura wyjątkowości. Ale to i tak kawał dobrej roboty!

(posłuchaj „I hear voices”)

(fot. cdnds.net)

19. SuperXiu „Idealism”

„Pomarańczową kredką narysowałaś słońce / Zakwitło na zielono rzeżuchowe serce” – rymuje Bartosz Chmielewski z zespołu Muzyka Końca Lata w piosence „2001-2007”. Być może brzmi to poetycko, ale jednocześnie strasznie banalnie. Kapel nagrywających taką muzykę, jak wspomniana formacja, i piszących podobne teksty jest nad Wisłą coraz więcej, a zwolenników takiego grania i rymowania też jakby przybywa. Na mnie tak ukształtowana „sztuka” działa jak płachta na byka, mimo że krytycy pieją z zachwytu. Ja polskiej muzyce wolę życzyć więcej kapel pokroju SuperXiu. To właśnie jeden z tych kierunków, w których „nasi” powinni podążać w kolejnych latach. Fajny pomysł, ciekawa nazwa, solidna płyta, dobra muzyka! Polak jak chce, to potrafi… Oby tylko chciał...

(posłuchaj „Black cat”)

(fot. isoundlabels.files.wordpress.com)

18. Iza Lach „Krzyk”

Albumem „Granda” Brodka (recenzja) utorowała drogę młodym wokalistkom, które mają swój pomysł na muzykę pop. Własne wariacje na jej temat na swoich drugich krążkach zaprezentowały w 2011 roku Julia Marcell i Iza Lach. O ile ta pierwsza zebrała więcej pozytywnych opinii od przeróżnych redakcji muzycznych, to ta druga nagrała płytę, którą ja osobiście polubiłem dużo bardziej. Panna Lach zaimponowała mi tym, że z prostych, ale szczerych tekstów, przeciętnego, trochę dziecinnego głosu oraz nośnych, przystępnych melodii zdołała ulepić album przebojowy, a przy tym nieocierający się o kicz i banał, co dla niejednego finalisty programu typu talent show pozostanie jedynie w sferze marzeń. Iza to jaskrawy przykład tego, że można nagrywać fajny pop i mieć oddanych fanów, nie chodząc po telewizjach i nie będąc bohaterem tabloidowych historii. Żeby tylko polskie radiostacje łaskawie zechciały grać jej piosenki… Ale i z minimalnym wsparciem ze strony radiowców dziewczyna daje radę!

(posłuchaj „Chociaż raz”)

(fot. news.o.pl)

17. Bombay Bicycle Club „A different kind of fix”

Jedno z większych zaskoczeń roku. Album, którego pewnie nawet bym nie posłuchał, gdybym w ostatnim miesiącu roku nie wpadł w cug słuchania płyt. Tymczasem już przy pierwszym kontakcie z nim przekonałem się, że jest to krążek, który wraca w myślach jak bumerang. Nawet jak nie spodoba się za pierwszym razem, nie daje o sobie zapomnieć. Wystarczy, że ucho wyłapie kilka intrygujących dźwięków, zwłaszcza tych z „Lights out, words gone”, a te podsycają rodzącą się potrzebę ponownego sięgnięcia po „A different kind of fix”. Dotychczas ignorowałem muzykę Bombay Bicycle Club, a to już ich trzeci album. Teraz czuję motywację, by cofnąć się w czasie. Poprzednie krążki już na mnie czekają!

(posłuchaj „Lights out, words gone”)

(fot. last.fm)

16. Katy B „On a mission”

22-letnia Katy B to powiew świeżości na brytyjskich listach przebojów. Na tych polskich panna Brien pozostała niezauważona, ale za to wiele ciepłych słów padło pod jej adresem w kontekście debiutanckiego „On a mission”. Katy B na tak dobrą prasę zdecydowanie zasługuje, bo jej longplay to mieszanka zaraźliwych, klubowych bangerów, których jasnym punktem jest przyjemny, nienarzucający się głos Brytyjki. Wprawdzie nie wszystkim miłośnikom tanecznych klimatów ta płyta wpadnie w ucho (mimo wszystko jest dosyć specyficzna), ale jak już złapie się na nią fazę, trudno się z tego wyleczyć.

(posłuchaj „Broken record”)

(fot. blogspot.com)

15. The Sound Of Arrows „Voyage”

Rozmach, przepych, pompa. Jeśli wydawało Wam się, że singlowe „The edge of glory” Lady Gagi to najbardziej rozdmuchany pop zeszłego roku, pora sięgnąć po album „Voyage”. Szwedzi z The Sound Of Arrows nie oszczędzają w środkach wyrazu, a powściągliwość to dla nich najbardziej obraźliwa inwektywa! To jest dopiero epickie dzieło!

(posłuchaj „Wonders”)

(fot. niteversions.com)

14. Patrick Wolf „Lupercalia”

Przed wydaniem tego albumu nie interesowałem się muzyką Wolfa. Teraz czuję motywację, by nadrobić zaległości. Dużo tu wszystkiego, ale takie numery, jak „The city”, dowodzą, że czasem nie warto stawiać przed sobą sztucznych ograniczeń. „Lupercalia” to album, którego słucha się z przyjemnością i dużą satysfakcją, mimo że nie jest wypełniony po brzegi świetnymi piosenkami.

(posłuchaj „The city”)

(fot. mowianamiescie.pl)

13. Destroyer „Kaputt”

Album składający się z pięknych, stonowanych, acz nie sennych kompozycji. Podejmując próbę wskazania cech „Kaputt”, należałoby sięgnąć po opis krążka z 15. pozycji mojego rankingu  i zanegować wszystkie epitety, jakimi określilibyśmy „Voyage”. Dan Bejar stworzył album będący pomostem między czasami minionymi a nowoczesnością. „Kaputt”, romansując z ową nowoczesnością, jest przy tym dużo bardziej intymny i melancholijny niż dzieła sięgających po podobne wzorce konkurentów, tak jakby powstał w dużo spokojniejszych czasach. Te kapitalne, bogate melodie brzmiałyby może jeszcze lepiej, gdyby Dan Bejar miał trochę „pewniejszy” głos. Ale to i tak naprawdę dobra płyta!

(posłuchaj „Chinatown”)

(fot. thedadada.files.wordpress.com)

12. Cut Copy „Zonoscope”

Muzycy z Antypodów są teraz naprawdę mocni! Może nie odnoszą takich sukcesów, jak ich odpowiednicy z USA czy Wielkiej Brytanii, ale w roku 2011 przekonałem się, że w elektronicznej estetyce coraz trudniej im dorównać. Mam nadzieję, że rok 2012 dla tej kategorii artystów będzie przełomowy. 2011 jeszcze taki nie był, ale na pewno za udany uważają go muzycy Cut Copy. Takiej elektroniki można słuchać godzinami. Potrzebne są tylko dobre głośniki, bo w przeciwnym razie nie skorzystamy z tych wszystkich atrakcji, które na swoim trzecim krążku przygotowała dla nas australijska formacja – a to byłaby największa zbrodnia. W tym kontekście nominacja do Grammy w kategorii „Best Dance/Electronica Album” może tylko cieszyć.

(posłuchaj „Need you now”)

(fot. sparkups.com)

11. The Pierces „You & I”

Singiel „You’ll be mine” mnie zachwycił (po raz pierwszy wychwalałem go tu), stając się dla mnie swoistym odpowiednim „1000 years” The Coral (jednego z najlepszych kawałków z 2010 r.). Za jego sprawą przeniosłem się w czasie o kilka dekad i zapragnąłem pozostać tam nieco dłużej. Niewiele później pojawił się album „You & I”, którym siostry Pierce sprawiły mi wspaniały prezent. Może nie ten najbardziej wymarzony, ale na pewno taki, który długo będę pamiętał. I jednocześnie taki, który zawsze będę trzymał blisko siebie, coby mieć do niego łatwy dostęp. To nie jest płyta, która ścina z nóg, ale chyba nie taki cel przyświecał jej twórczyniom. Longplaya „You & I” po prostu z przyjemnością się słucha, a z biegiem czasu ta przyjemność rośnie. Płyta brzmi leciwie, jakbyśmy ją wyciągnęli z pudełka z winylami z poprzedniego pokolenia, ale w tym przypadku był to strzał w dziesiątkę! A jak prześledzimy notowania The UK Albums Chart z roku 2011, zauważymy, że z tak wyprodukowanym albumem także w drugiej dekadzie XXI wieku można zaliczyć triumfalny pochód przez listę bestsellerów płytowych.

(posłuchaj „You’ll be mine”)

(fot. blogspot.com)

10. Will Young „Echoes”

Ten, kto uwierzył, że flirt Willa Younga z elektroniką zgotuje nam jeden z najbardziej spektakularnych powrotów 2011 roku na Wyspach Brytyjskich, powinien dzisiaj spać na pieniądzach. To niebywałe, że 10 lat po wygraniu programu łowiącego wokalne talenty można być wciąż popularnym, a do tego osiągać sukcesy. Najwyraźniej Will Young dokonał niemożliwego. Jego ostatnie dzieło, „Echoes”, było na Wyspach „numerem jeden”, lansując jeden z największych przebojów roku w tym regionie – utwór „Jealousy”. Wydawnictwo pod koniec stycznia pojawi się także na polskim rynku. Hitem raczej się nie stanie, bo Will Young nigdy nie był u nas popularny, ale wiem o tym, że odpowiednie rozegranie „Jealousy” jest w stanie zrobić z niego przebój (wszystko w rękach stacji radiowych). Na „Echoes” przesłodzonej barwie głosu Brytyjczyka nadano nowy wymiar, łącząc ją z producenckim kunsztem Richarda X, który – niczym czarodziej – spowodował, że Young nagle stał się interesującym artystą. Współpraca obu panów, którym ostatnio nie wiodło się tak dobrze, jak kiedyś, okazała się korzystna dla obojga z nich. Odzyskali wigor, w pełni wykorzystali swoje atuty, a w efekcie na rynek trafił nadzwyczaj udany, dopracowany, spójny, popowy album podszyty łagodną, swobodnie płynącą przez poszczególne tracki, idealną do podboju radiowych playlist elektroniką. Nadal nie mogę wyjść z podziwu, że w moim rankingu pojawia się krążek Willa Younga, i że to on otwiera finałową dziesiątkę. Dla mnie to największa niespodzianka roku.

(posłuchaj „Good things”)

(fot. onet.pl)

9. Sophie Ellis-Bextor „Make a scene”

Album „Make a scene” początkowo miał nosić inny tytuł. Prócz tego wydany miał zostać znacznie wcześniej. Koniec końców ukazał się wiosną minionego roku. Mimo że zgotowano mu raczej chłodne przyjęcie, ja nie widzę powodów do narzekań. Najlepszą zachętą był dla mnie wydany w tym czasie fantastyczny singiel „Starlight”, przy którym lewitacja nie wydaje się już niemożliwa (pisałem o nim tutaj). I tu pierwszy plus dla Sophie za to, że to nie on otwiera tracklistę krążka. By doczekać się mojego ulubieńca, muszę przejść przez połowę albumu. I jest to posunięcie, które w pełni aprobuję. Piosenki na „Make a scene” ułożone są bowiem w ten sposób, by kulminacja nie była za nami już po kilku pierwszych minutach. Najbardziej chwytliwe melodie znajdują się w większości w połowie tracklisty. Ten album w pewnym sensie pełni funkcję wydawnictwa typu „greatest hits”. Stało się tak dlatego, że wrzucono na niego wszystkie popularne w ostatnich kilku latach „featuringi” Sophie. Z jednej strony można nie popierać tego kroku, z drugiej jednak od Sophie, do której z upływem lat mam coraz większą słabość (poza niektórymi piosenkami uwielbiam jej akcent, porcelanową urodę i chłodne spojrzenie), otrzymuję album wypełniony przebojami. Wydaje się, że więcej tu – niż to zwykle u Sophie bywało – mięsistego bitu; całość jest jednak na tyle pobudzająca, że absolutnie nie czuję się zawiedziony. Nie żałuję pieniędzy wydanych na ten album. Opakowanie z płytą marznie właśnie w schowku mojego zaśnieżonego samochodu. Trzymam ją tam, ponieważ na dalsze trasy jest jak znalazł. Mam nadzieję, że któregoś dnia usłyszę Sophie na żywo. L-O-V-E!

(posłuchaj „Starlight”)

(fot. magazynbasista.pl)

8. Holy Ghost! „Holy Ghost!”

Jakbym opublikował swój ranking w marcu, nie zdziwiłbym się, gdyby Holy Ghost! byli wtedy w czołowej piątce. Wszak miesiąc temu w ogóle miało ich w tym rankingu nie być! Ale okazało się, że nowojorski, electropopowy duet Holy Ghost! to petarda z opóźnionym zapłonem. Długo nie może się rozpalić, ale jak już wyleci w powietrze, rozerwie na strzępy wszystko, co spotka na swojej drodze. Mało angażujące z początku nagrania z czasem tak mocno zarażają, że mnie jak na razie nie udało się znaleźć sposobu na pokonanie tego wirusa. Z tego albumu tryska fajna, udzielająca się słuchaczowi energia, co zachęcić powinno zwłaszcza fanów Foster The People i kapeli z 5. pozycji zestawienia. Holy Ghost!, podobnie jak wskazane w poprzednim zdaniu 2 składające się z wesołków bandy, szybko zacząłem postrzegać jako specjalistów od kawałków wprowadzających w dobry nastrój. Jaskrawym przykładem tego, o czym piszę, są takie numery, jak „Jam for Jerry”, „Hold my breath” albo „Wait and see”. Z czasem wydają się już tak diabelnie chwytliwe i nasycone pozytywną energią, że aż trudno wyjść z podziwu, że muzyka Nicka i Alexa z Holy Ghost! w mass mediach leży odłogiem. Toż to grzech! Ale panowie, jak na muzycznych wariatów przystało, na pewno mają w głowach wiele jeszcze niewykorzystanych pomysłów. Bardzo obiecujący fonograficzny debiut!

(posłuchaj „Jam for Jerry”)

(fot. miojoindie.files.wordpress.com)

7. Bon Iver „Bon Iver, Bon Iver”

Magiczny album. Bogactwo instrumentów, piękne melodie, unikalny, posępny klimat, umiejętne budowanie nastroju. To wszystko imponuje. Niektórzy formułują zarzut pod adresem Justina Vernona, że jego wokal jest po prostu nudny. Nudny czy nie, na pewno współgra z jego melancholijnymi kompozycjami. Takie perełki, jak „Calgary” czy „Beth/rest”, jeśli tylko zechcemy odciąć się na kilka chwil od rzeczywistości, przenoszą nas do równoległego świata, gdzie nie liczy się nic innego, jak odurzająca muzyka Bon Iver. Odpowiednio skupieni, pogrążeni w tejże muzyce zaczniemy wyłapywać każdy, nawet najcichszy dźwięk. Nic innego nie będzie miało znaczenia. Tylko my i ona. Przepiękna muzyka.

(posłuchaj „Beth/rest”)

(fot. ziemianiczyja.pl)

6. Clare Maguire „Light after dark”

Ostrzyłem sobie zęby na ten longplay od momentu, gdy usłyszałem wyrazisty, niski głos Clare w „Ain’t nobody”, a było to jesienią 2010 r. (po raz pierwszy pisałem o niej tu). Później pojawił się utrzymany w zupełnie innym klimacie singiel „The last dance” (opisany przeze mnie tutaj). Do dnia premiery albumu „Light after dark” Clare wydawała się tak tajemnicza, że trudno było przewidzieć, czego możemy spodziewać się po jej płycie. Jako debiutantka była dla mnie dużo bardziej intrygująca, a przez to atrakcyjniejsza, niż wyżej w tym czasie oceniana przez „krytykę” Jessie J. Album okazał się zbiorem porozrzucanych stylistycznie piosenek, które jednak na tyle blisko trzymały się tego, co rozumiemy pod nazwą „muzyka pop”, że krążek przy odpowiedniej promocji śmiało mógłby konkurować na listach sprzedaży z wydawnictwami popularniejszych gwiazd popowych. Niestety promocja trochę zawiodła, a wielu było chyba rozczarowanych tym, że wokalistka zamiast postawić na ambitniejszą muzykę, weszła w zbyt bliską relację z muzyką z list przebojów. Cóż jednak w tym złego, skoro Clare ma wszystko to, co powinna mieć gwiazda? Jest posiadaczką solidnego, charakterystycznego głosu, jest pociągająca, ma w sobie tajemnicę, śpiewa potencjalne przeboje. Czego chcieć więcej? Ja jej zaufałem, zainwestowałem w jej płytę i nie czuję się rozczarowany. „The last dance” jest jedną z najlepszych popowych piosenek granych w ubiegłym roku przez rozgłośnie radiowe w Polsce, a nisko ocenione w jednej z przejrzanych przeze mnie recenzji „I surrender” wymarzonym kandydatem na singiel. A to tylko przykłady fajnych momentów na „Light after dark”. Na tej płycie nie dzieje się wprawdzie nic, czego byśmy wcześniej nie słyszeli. Niczego spektakularnego tutaj się nie dosłuchamy. Ale dla mnie jest to wydawnictwo bogate w warte uwagi numery, których w ubiegłym roku słuchałem z niemałą satysfakcją. Rekapitulując, Clare Maguire nagrała mój ulubiony w roku 2011 album z nurtu pop. Wierzę, że jeszcze się rozkręci, a moim marzeniem jest, by w jej karierze, choć ta na razie nie przebiega zgodnie z założeniami, sprawy przyjęły taki obrót, jak u Adele. Ona jest tego warta!

(posłuchaj „I surrender”)

(fot. loft965.files.wordpress.com)

5. Friendly Fires „Pala”

Długo ich nie doceniałem. Musiało minąć kilka lat od ich pierwszej płyty, musiałem zobaczyć tego cudownego, rajskiego ptaka z okładki, musiałem zrozumieć, a w konsekwencji zarazić się ich szajbą i… voila! Kupili mnie! Dzięki temu „Pala” stała się z jednym z moich faworytów a.D. 2011. Friendly Fires to banda wariatów, którzy odrzucili wszelkie ograniczenia i nagrali bombowy, odjechany krążek, przy którym – ostrzegam – można nabawić się skłonności typowych dla osób cierpiących na ADHD albo dostać obłędu! Co tu więcej pisać? Ta płyta wymiata. Ci, którzy tego nie czują, mogą tylko żałować.

(posłuchaj „True love”)

(fot. prettymuchamazing.com)

4. White Lies „Ritual”

Ileż to razy czytałem, że to żenująco słaby album! Może zatem jestem pozbawiony gustu, nie znam się, jestem dziwakiem, nie rozumiem muzyki, whatever, A-L-E nic nie poradzę na to, że jestem fanem White Lies! „Ritual” pojawiło się na rynku ponad rok temu. Miałem zatem mnóstwo czasu, by oswoić się z tym krążkiem, chłonąć jego mroczny klimat i nieco złowieszczy ton, zziębnąć przy jego chłodzie i rozgrzać się przy licznych tu, chwytliwych, gitarowych zagrywkach. „Ritual” to kontynuacja tego, w czym zakochałem się na „To lose my life…”, i nawet jeżeli mało tu oryginalności, ja jestem do tego krążka tak mocno przywiązany, że będę bronił go jak lew. Jeżeli zatem twierdzicie, że White Lies to zespół dla mało zorientowanych w gitarowym graniu nastoletnich dziewcząt, to ja w takim razie ten jeden raz chcę czuć się jak dziewczynka. Ktoś mi zabroni?

(posłuchaj „Strangers”)

(fot. musicmind.pl)

3. Washed Out „Within and without”

Ten album jest jak baśń. Z poszczególnych elementów krążka w swojej głowie tworzę krajobraz, w którym osadzam siebie jako głównego bohatera. Melodie na „Within and without” są powietrzem, przygaszony, wyłaniający się jakby z oddali głos Ernesta Greene’a pełni funkcję lekkiego, wiosenno-letniego wiatru, a aranżacja nagrań wypełnia nasz krajobraz pięknymi widokami. Nie wszystko jest tu takie łagodne, odprężające. Są chwile, w których poczujemy delikatny niepokój, a niebo pokryją ciemniejsze chmury – jakby zbierało się na burzę. Tym samym muzyk ukrywający się pod pseudonimem Washed Out nie tworzy monotonnego, jednowymiarowego widoku. Akcenty na płycie rozkłada w ten sposób, by jego zeszłoroczne dzieło było podróżą w nieznane, w którą mamy ochotę wybrać się wiele razy. Bo każda kolejna wyprawa gwarantuje nowe przeżycia i kolejne odkrycia. Jest zatem wyzwaniem, któremu warto stawić czoła. Co ciekawe, mimo że za każdym razem będą nam towarzyszyć różne odczucia, skutek będzie zawsze ten sam – doskonałe samopoczucie. Ernest Greene najwidoczniej był już w raju i widział, jak tam jest. Trzymając się go, my też mamy szansę na chwilę tam się przenieść… A jeżeli zastanawialiście się kiedyś, jak brzmią marzenia, to ja Wam mówię, że właśnie tak!

(O Washed Out po raz pierwszy pisałem tu).

(posłuchaj „You and I”)

(fot. subpop.com)

2. Shine 2009 „Realism”

Gdy na przełomie zimy i wiosny ubiegłego roku doszukałem się w sieci nagrania „So free” nieznanego mi wówczas duetu Shine 2009, tworzonego przez niepozornie wyglądających muzyków z Finlandii o nazwiskach: Sami Suova i Mikko Pykäri, nie przypuszczałem, że konsekwencje mojego odkrycia będą tak poważne. Tymczasem ich kolaboracja z Paulą Abdul (o której pisałem tutaj) spowodowała, że na liście moich priorytetów na rok 2011 pojawił się punkt: wysłuchać „Realism”. A taki właśnie tytuł nosi debiutancki longplay Shine 2009. Album okazał się wprost wymarzoną pozycją dla każdego, kto poszukuje idealnego akompaniamentu do ulubionej czynności rodzaju ludzkiego: błogiego lenistwa.

Powściągliwość wokalna Samiego, melodie inspirowane tęsknotą za brzmieniami, które przynajmniej mnie przywołują na myśl początkową fazę lat 90. poprzedniego stulecia, snujące się niczym żaglówka po niewzburzonym falami morzu, a do tego wiele rodzących się w głowie pytań (skąd oni się właściwie wzięli?, kim są?, dlaczego się o nich nie mówi?) – te wszystkie czynniki zaowocowały zaskakująco udanym krążkiem i miały wpływ na jego odbiór. Niestety album przeszedł kompletnie niezauważony przez wszystkie najważniejsze media muzyczne. Te, podsumowując rok 2011, wolały prześcigać się w epitetach wyrażających zachwyt nad prezentującym angielską historię wydawnictwem PJ Harvey czy też albumem Jamesa Blake’a, którym jeszcze kilka miesięcy wcześniej były zawiedzione. Ale co mnie to właściwie obchodzi… Najważniejsze, że ta płyta mojej uwadze nie umknęła, a to znacząco podwyższa ocenę, jaką mógłbym wystawić w kategorii „muzyka” rocznikowi 2011.

Dzięki „Realism” zyskałem – regularnie przeze mnie wykorzystywaną – możliwość oczyszczania umysłu z błąkających się po nim, denerwujących myśli. Ta niespełna czterdziestominutowa dawka relaksujących dźwięków (o których generowanie wcześniej nie posądzałem fińskich muzyków) od 2011 roku będzie obowiązkową ścieżką dźwiękową moich wakacyjnych wojaży. Bez „Realism” nie ruszę się z domu. I mimo że rozsądek podpowiada mi, że nikt nie wystawi tej płycie oceny podobnej do mojej, podświadomie liczę na to, że uda mi się zarazić nią niektórych z Was… A z tego, co wiem, singiel „So free” co najmniej kilku fanów w Polsce już zyskał (także dzięki mnie)!

(posłuchaj „So free”)

(fot. fredhystere.com)

1. Jamie Woon „Mirrorwriting”

To musiało się tak skończyć. Wydany 12 kwietnia 2011 roku krążek „Mirrorwriting” to mój ulubiony album ostatnich 12 miesięcy. W lipcu ubiegłego roku w recenzji tej płyty (znajdziecie ją tutaj) napisałem: „Jamie Woon, mimo że ja – w przeciwieństwie do brytyjskich znawców branży – nie miałem wobec niego ogromnych oczekiwań, w 2011 roku sprezentował mi krążek, który szturmem wdarł się do mojego rankingu ulubionych wydawnictw muzycznych, a w konsekwencji – także do mojego serca. Polecam ten album wszystkim tym, którzy chcą dać swoim zmysłom odrobinę ukojenia i są otwarci na mały romans soulu z łamanymi dźwiękami spotykanymi głównie w bezdusznej muzyce tanecznej”.

Piekielnie zdolny Brytyjczyk nagrał płytę, na której co chwilę coś mruczy albo dudni; płytę pieszczącą zmysły, klimatyczną, momentami brzmiącą wyjątkowo intymnie i tajemniczo. I jeszcze ten jego zniewalająco czysty, nieskażony hulaszczym trybem życia głos o nieziemsko ciepłej barwie, działający na ciało niczym najlepszy na świecie masaż relaksacyjny… Co tu wiele pisać, Jamie Woon nagrał po prostu wyborny album, wypełniony fantastycznymi utworami. To się nazywa mocne wejście!

(posłuchaj „Spirits”)

(posłuchaj „Night air”)

(fot. googleusercontent.com)

  • WYRÓŻNIENIA

*Wyróżnienie dla ścieżki dźwiękowej do filmu „Saga Zmierzch: Przed świtem, część 1”. Film może i mało porywający, ale cieszy to, że muzycznie konsekwentnie wspierają go kreatywni artyści.

*Wyróżnienie dla Kate Bush, która w 2011 roku wypuściła 2 nieco introwertyczne albumy: „Director’s cut” i „50 words for snow”. Na razie ja i Kate a.D. 2011 nie znaleźliśmy wspólnego języka, ale wiem o tym, że wcześniej czy później to nastąpi.

*Wyróżnienie dla polskiego duetu Last Blash i wydawnictwa „Last Blush EP”, który sygnalizuje, że pojawiła się na polskiej scenie szalenie interesująca formacja.

*Albumy, które znalazły się tuż za top 40 (alfabetycznie wykonawcami): Beirut „The rip tide”, Britney Spears „Femme fatale”, Lykke Li „Wounded rhymes”, M83 „Hurry up, we’re dreaming”, Yuksek „Living on the edge of time”.

*Suplement do roku 2010 (albumy, których wtedy w ogóle nie wziąłem pod uwagę, dokonując selekcji, ale dzisiaj znalazłyby się w top 30 tamtego okresu): Gypsy & The Cat „Gilgamesh”, Novika „Lovefinder” oraz Fox „Fox box” (wtedy wykluczyłem ten album, ponieważ opatrzony był datą wydania 2009; okazało się jednak, że premierę miał dopiero w roku 2010).

*Największe rozczarowanie: brak debiutanckiego longplaya tria Kamp!.

  • PRZESŁUCHANE ALBUMY

Polskie albumy wydane w roku 2011, które przesłuchałem (z uwzględnieniem EP-ek):

Alicja Janosz „Vintage”
Ballady i Romanse „Zapomnij”
Blue Café „DaDa”
Coldair „Far south”
Feel „Feel 3”
Halina Mlynkova „Etnoteka”
Honey „Honey”
Iza Lach „Krzyk”
Izabela Trojanowska „Życia zawsze mało”
Julia Marcell „June”
Kasia Wilk „Drugi raz”
Kora „Ping pong”
Kyst „Waterworks”
Last Blush „Last Blush EP”
Madox „La revolution sexuelle”
MaRina „Hardbeat”
Me Myself And I „Takadum”
Michał Szpak „XI (EP)”
Muzyka Końca Lata „PKP Anielina”
Myslovitz „Nieważne jak wysoko jesteśmy”
Natalia Lesz „That girl”
Neo Retros „Listen to your leader”
Nerwowe Wakacje „Polish rock”
Nosowska „8”
Novika „Mixfinder”
Olivia Anna Livki „The name of this girl is”
Őszibarack „40 surfers waiting for the waves”
Pablopavo i Ludziki „10 piosenek”
Pati Yang „Wires and sparks”
Pinnawela „Renesoul”
Piotr Lisiecki „Rules changed up”
Ramona Rey „Ramona Rey 3”
Sinusoidal „Out of the wall”
Sinusoidal „Sinusoidal EP”
SuperXiu „Idealism”
Sylwia Grzeszczak „Sen o przyszłości”
Tatiana Okupnik „Spider web”
The Boogie Town „Grawitacja”
The Lollipops „Hold!”
Twilite „Quiet giant”
Varius Manx „Eli”

Zagraniczne albumy wydane w roku 2011, które przesłuchałem (z uwzględnieniem EP-ek):

Adele „21”
Adele „iTunes Festival: London 2011 (EP)”
Alexis Jordan „Alexis Jordan”
Andrea Corr „Lifelines”
Anna Calvi „Anna Calvi”
Arctic Monkeys „Suck it and see”
Atlas Sound „Parallax”
Austra „Feel it break”
Avril Lavigne „Goodbye lullaby”
Beady Eye „Different gear, still speeding”
Beirut „The rip tide”
Beth Ditto „Beth Ditto EP”
Beverley Knight „Soul UK”
Beyoncé „4”
Birdy „Birdy”
Björk „Biophilia”
Bombay Bicycle Club „A different kind of fix”
Bon Iver „Bon Iver, Bon Iver”
Britney Spears „Femme fatale”
Britney Spears „B in the mix: the remixes – volume 2”
Burial „Street halo (EP)”
Chase & Status „No more idols”
Chris Brown „F.A.M.E.”
Chris Isaak „Beyond the sun”
Clare Maguire „Light after dark”
CocknBullKid „Adulthood”
Coldplay „Mylo Xyloto”
Cults „Cults”
Cut Copy „Zonoscope”
Darren Hayes „Secret codes and battleships”
David Guetta „Nothing but the beat”
Destroyer „Kaputt”
Dev „The night the sun came up”
Drake „Take care”
Ed Sheeran „+”
Erik Hassle „Mariefred sessions (EP)”
Example „Playing in the shadows”
Feist „Metals”
Firefox AK „Color the trees”
Fleet Foxes „Helplessness blues”
Florence + The Machine „Ceremonials”
Florrie „Experiments EP”
Foo Fighters „Wasting light”
Foster The People „Torches”
Frank Ocean „nostalgia, Ultra.”
Frankmusik „Do it in the AM”
Friendly Fires „Pala”
Gavin DeGraw „Sweeter”
Gil Scott-Heron & Jamie xx „We’re new here”
Girls „Father, Son, Holy Ghost”
Glasvegas „EUPHORIC /// HEARTBREAK \\\”
Gotye „Making mirrors”
GusGus „Arabian horse”
Hard-Fi „Killer sounds”
Hercules And Love Affair „Blue songs”
Holy Ghost! „Holy Ghost!”
Il Divo „Wicked game”
Iron & Wine „Kiss each other clean”
J. Cole „Cole world: the sideline story”
James Blake „James Blake”
James Blake „Enough thunder EP”
James Morrison „The awakening”
Jamie Woon „Mirrorwriting”
Jason Derülo „Future history”
Jennifer Hudson „I remember me”
Jennifer Lopez „Love?”
Jessica 6 „See the light”
Jessie J „Who you are”
Jill Scott „The light of the sun”
Joss Stone „LP1”
Justice „Audio, video, disco”
Kasabian „Velociraptor!”
Kate Bush „50 words for snow”
Kate Bush „Director’s cut”
Katy B „On a mission”
Kelly Clarkson „Stronger”
Kelly Rowland „Here I am”
Kim Wilde „Snapshots”
Kimbra „Vows”
Lady Gaga „Born this way”
Ladytron „Gravity the seducer”
Lauri „New world”
Lena „Good news”
Lenny Kravitz „Black and white America”
Lights „Siberia”
Little Dragon „Ritual union”
Lucinda Williams „Blessed”
Lykke Li „Wounded rhymes”
M83 „Hurry up, we’re dreaming”
Marsha Ambrosius „Late nights & early mornings”
Mary J. Blige „My life II… the journey continues (act 1)”
Melanie C „The sea”
Metronomy „The English riviera”
Michael Bublé „Christmas”
Miles Kane „Colour of the trap”
Mona „Mona”
Monarchy „Around the sun”
Natalia Kills „Perfectionist”
Neon Indian „Era extraña”
Nero „Welcome reality”
Nicola Roberts „Cinderella’s eyes”
Nicole Scherzinger „Killer love”
Noah & The Whale „Last night on Earth”
Noel Gallagher’s High Flying Birds „Noel Gallagher’s High Flying Birds”
Oh Land „Oh Land”
Owl City „All things bright and beautiful”
Panic! At The Disco „Vices & virtues”
Patrick Stump „Soul punk”
Patrick Wolf „Lupercalia”
Paul Simon „So beautiful or so what”
PJ Harvey „Let England shake”
Pnau „Soft universe”
R.E.M. „Collapse into now”
Radiohead „The king of limbs”
Red „Until we have faces”
Red Hot Chili Peppers „I’m with you”
Ricky Martin „Musica + alma + saxo”
Rihanna „Talk that talk”
Roxette „Charm school”
SBTRKT „SBTRKT”
Seal „Soul 2”
Shine 2009 „Realism”
Snow Patrol „Fallen empires”
Sophie Ellis-Bextor „Make a scene”
soundtrack „The Twilight Saga: Breaking dawn, part 1”
St. Vincent „Strange mercy”
Stevie Nicks „In your dreams”
SuperHeavy „SuperHeavy”
The Black Keys „El camino”
The Cars „Moves like this”
The Chemical Brothers „Hanna (soundtrack)”
The Drums „Portamento”
The Horrors „Skying”
The Human League „Credo”
The Japanese Popstars „Controlling your allegiance (EP)”
The Joy Formidable „The big roar”
The Kills „Blood pressures”
The Pains Of Being Pure At Heart „Belong”
The Pierces „You & I”
The Sound Of Arrows „Voyage”
The Streets „Computers and blues”
The Strokes „Angles”
The Vaccines „What did you expect from The Vaccines?”
The Weeknd „Echoes of silence”
The Weeknd „House of balloons”
Tony Bennett „Duets II”
Tori Amos „Night of hunters”
Toro y Moi „Underneath the pine”
Washed Out „Within and without”
White Lies „Ritual”
White Lies „iTunes Festival: London 2011 (EP)”
Wilco „The whole love”
Wild Beasts „Smother”
Will Young „Echoes”
Wolf Gang „Suego faults”
Wynter Gordon „With the music I die”
Yuck „Yuck”
Yuksek „Living of the edge of time”
Zola Jesus „Conatus”