MUZYKO(B)LOGowe podsumowanie roku 2010 – SINGLE

W ostatnich tygodniach bloga zdominowały zestawienia podsumowujące rok 2010. Każde z nich opierało się na zebranych przeze mnie danych i nie stanowiło odzwierciedlenia moich muzycznych preferencji. Przyszedł czas, by ujawnić Wam, co mnie w roku 2010 najbardziej się w muzyce podobało. W tym celu opracowałem całkowicie subiektywne zestawienie moich ulubionych wydawnictw muzycznych z ostatnich 12 miesięcy. Na pierwszy ogień idą single. Z rankingiem moich ulubionych albumów jeszcze się wstrzymam, by mieć większą pewność co do dokonanych wyborów.

Prezentowana przeze mnie lista to zestawienie 60 singli wydanych w roku 2010, które autor MUZYKO(B)LOGa polubił na tyle mocno, że nie byłby sobą, gdyby nie pochwalił się Czytelnikom swoimi „pupilkami”. Na wstępie pragnę zaznaczyć, iż bynajmniej nie stoję twardo na stanowisku, że jest to 60 najlepszych moim zdaniem piosenek minionego roku. Bardziej skłaniałbym się ku określeniom – „najważniejszych” lub „ulubionych”, nie bagatelizując przy tym owego czynnika jakościowego. Niektóre z nich kocham miłością bezgraniczną i uważam je za zjawiskowe, fantastyczne, fenomenalne etc. Są tu jednak i takie tytuły, co do których nie mam złudzeń, że nie są to ponadczasowe dzieła, a ich miejsce spokojnie mogłyby zająć inne, oryginalniejsze tudzież ciekawsze propozycje. Mnie one jednak zdołały czymś urzec na tyle, by zagwarantować sobie miejsce w top 60: być może słyszałem je w jakimś przełomowym dla mnie momencie; być może spodobał mi się w nich jakiś element, który przykrył pewne niedociągnięcia. Nieważne. To jest moja lista ze znakiem jakości „Q” – przy całej sześćdziesiątce bez wahania kliknąłby w sieci kultowe „lubię to”, a każdego z nagrań w razie potrzeby broniłby jak lew. Niestety nie dla wszystkich dobrych piosenek starczyło tu miejsca. Moje zestawienie i tak jest dłuższe, niż sobie pierwotnie założyłem, więc jego rozbudowywanie nie miałoby większego sensu.

Wiele kontrowersji wywołać może układ miejsc. Już widzę zdziwienie rysujące się na twarzach fanów Foals, iż ceniony przez rzesze krytyków zespół musiał uznać wyższość choćby Kylie Minogue. Cóż, najwidoczniej piosenka australijskiej piękności wierniej towarzyszyła mi w codziennej egzystencji niż kompozycja wychwalanego angielskiego kwintetu…

Moje podsumowanie różni się od wielu zamieszczanych na przeróżnych blogach rankingów tego typu pewnym istotnym elementem. Nie uwzględnia bowiem piosenek, które nie pełniły w roku 2010 roli promocyjnej, tj. nie zostały wydane jako singiel, przynajmniej radiowy (co rozumiem przez słowo „singiel”, przeczytacie tutaj). Co więcej, starałem się nie czynić wyłomów od przyjętej zasady, iż biorę pod uwagę jedynie single z okresu od 1 stycznia do 31 grudnia 2010 r. (wątpliwości, rozstrzygnięte na korzyść danego nagrania, miałem właściwie tylko przy 1 tytule). Jeżeli zatem jakiś utwór gdziekolwiek na świecie trafił do obiegu wcześniej (np. spopularyzowane w Europie wiosną 2010 r. „Whataya want from me” Adama Lamberta w USA premierę miało jesienią 2009 r.), był przeze mnie dyskwalifikowany. Jeżeli natomiast dana kompozycja pojawiła się na albumie jej wykonawcy jeszcze w roku 2009, lecz funkcję singla pełniła dopiero w kolejnym roku, nie było przeszkód, by zmieściła się w niniejszym zestawieniu. Chciałem w ten sposób stworzyć listę moich ulubionych/najważniejszych singli z roku 2010, a wyłącznie trzymanie się wyznaczonych wpierw kryteriów umożliwiło mi sporządzenie rankingu, który w moim przekonaniu jest rzetelny.

Jak mniemam, część z Was zgodzi się ze mną, że tak jak album najczęściej stanowi pewne zwarte dzieło, które podzielone na fragmenty może nie chwycić nas za serce, mimo tego, że czyni to, gdy składające się nań elementy nie są od siebie odseparowane, tak i singiel stanowi pewną specyficzną formę. Innymi słowy, nie każdy utwór, który doskonale brzmi jako część albumu, równie dobrze prezentuje się samodzielnie. Z tego względu warto moim zdaniem doceniać rangę singla i tworzyć zestawienia, które skupiają się wyłącznie na tej formie wydawania muzyki. Gdybym jednak zrezygnował z tej filozofii i stworzył listę najlepszych piosenek (a nie singli) roku 2010, wówczas nie mógłbym uwzględnić nagrań, które pojawiły się na rynku jedynie jako ścieżki na albumie albo zostały opublikowane na MySpace czy w serwisie YouTube w latach wcześniejszych, a sławę zyskały dopiero, stając się oficjalnie singlami, w minionym roku – a to przewróciłoby moją listę do góry nogami. W takich okolicznościach nawet 1. pozycja mojego rankingu musiałaby ulec zmianie. Wtedy większe byłoby też ryzyko pominięcia piosenek, które być może w moim rocznym zestawieniu by się znalazły, ale pech chciał, że nie usłyszałem ich w porę (w przypadku singla, któremu towarzyszy większy rozgłos niż piosence z albumu niebędącej singlem, łatwiejsze wydaje się kontrolowanie rynku wydawniczego i wyłapywanie większości najciekawszych propozycji, chociaż wiadomo, że wszystkich singli poznać się nie da).

Przyznaję, iż w mojej głowie istnieje dosyć długa lista nagrań, które z ochotą bym tu dodatkowo wyróżnił, ale jak na razie nie było im dane zaistnieć jako single. Sądzę jednak, że jeżeli nawet nigdy w tej formie nie zostaną wydane, będzie jeszcze okazja, by kiedyś o nich na blogu wspomnieć.

W moim podsumowaniu single polskich artystów można policzyć na palcach jednej ręki. Trochę nad tym ubolewam, ale niestety na rodzimym podwórku rok 2010 nie obfitował w szczególnie udane singlowe „strzały”. W tej porażającej dysproporcji między polskimi a zagranicznymi singlami sporo jest też mojej winy, ponieważ mam poczucie, iż nie włożyłem dość wysiłku, by wyszperać dla siebie więcej majstersztyków, których na naszym rynku muzycznym zapewne w roku 2010 powstało nieco więcej, niż mi się wydaje. Niemniej zdecydowana większość polskich nagrań, które w tym okresie dotarły do moich uszu, niestety nie zrobiła na mnie wrażenia. W nadchodzących miesiącach planuję jednak zagłębić się w polską fonografię i odnaleźć więcej muzycznych sensacji (niestety obawiam się, że polskie komercyjne radiostacje niewiele mi w tym pomogą).

Skoro wytłumaczyłem już, na jakiej zasadzie sporządzony został przeze mnie poniższy ranking, zachęcam Was do szczegółowego zapoznania się z nim. Mile widziane komentarze (te krytyczne również jakoś zniosę).

  • MUZYKO(B)LOGowe podsumowanie roku 2010 – SINGLE

60. Aloe Blacc „I need a dollar”
59. Ania Szarmach „Inna”
58. White Lies „Bigger than us”
57. Amy Macdonald „Don’t tell me that it’s over”
56. James Blake „Limit to your love”
55. Ali Love „Smoke & mirrors”
54. Drake „Find your love”
53. Hole „Pacific coast highway”
52. Sheryl Crow „Summer day”
51. Example „Won’t go quietly”

50. Robyn „Hang with me”
49. Muchy „Przesilenie”
48. 30 Seconds To Mars feat. Kanye West „Hurricane”
47. Groove Armada feat. Fenech-Soler & SaintSaviour „Paper romance”
46. Armin van Buuren vs Sophie Ellis-Bextor „Not giving up on love”
45. Marina And The Diamonds „Shampain”
44. Jamiroquai „Blue skies”
43. Unheilig „Geboren um zu leben”
42. Anouk „For bitter or worse”
41. Foals „Spanish Sahara”

40. Jamiroquai „White knuckle ride”
39. Two Door Cinema Club „Undercover martyn”
38. Plan B „She said”
37. Hurts „Stay”
36. Vampire Weekend „Run”
35. Aeroplane „We can’t fly”
34. Florence + The Machine „Cosmic love”
33. Wilder „Skyful of rainbows”
32. Brandon Flowers „Crossfire”
31. Hurts „Better than love”

30. Adele „Rolling in the deep”
29. Janelle Monáe „Cold war”
28. Plan B „Love goes down”
27. Naughty Boy presents Wiley feat. Emeli Sandé „Never be your woman”
26. Kylie Minogue „Get outta my way”
25. The Naked And Famous „Young blood”
24. Arcade Fire „We used to wait”
23. Kings Of Leon „Pyro”
22. The Courteeners „Scratch your name upon my lips”
21. Groove Armada feat. Jess Larrabee „Just for tonight”

20. Erykah Badu „Window seat”

Nowy album pani Badu wcale nie jest tak fenomenalny, jak o nim piszą. Ja się przy nim niestety wynudziłem. To nie była dla mnie przyjemność. Na szczęście można wskazać na jego trackliście kilka dobrych momentów. Za najlepszy uważam singiel „Window seat”. Jako że repertuar Amerykanki nigdy szczególnie mnie nie ekscytował, nie spodziewałem się, że przy jakiejś jej piosence zatrzymam się na dłużej, lecz promujący ostatnie wydawnictwo artystki numer „Window seat” ma w sobie coś wyjątkowego – coś, co kazało mi często do niego wracać. Za sprawą tego singla Erykah uświadomiła niedowiarkom, że czarna muzyka (w tym przypadku neo soul), chociaż nie dominuje na listach sprzedaży (co nie oznacza, że się na nich nie pojawia), ma się świetnie – wystarczy tylko odrobina wysiłku, by odszukać wartościowe utwory, a rzeczony singiel bezspornie takim jest. Rozgłos zapewnił mu kontrowersyjny teledysk, w którym Badu przechadza się po ulicach Dallas, pozbywając się kolejnych partii swojego odzienia, by w ostatnich sekundach klipu paść na ziemię na skutek postrzału, którego dopuścił się nieznany widzowi zamachowiec. Medialna burza wywołana tym obrazem nie przyniosła „Window seat” wysokich lokat na listach przebojów, ale uchroniła go przed pozostaniem kolejną, nieznaną nikomu – poza grupką fanów oraz speców muzycznych – wartą uwagi kompozycją. Przy tej piosence staję się oazą spokoju, a takie chwile w dzisiejszym dynamicznym świecie są niezwykle cenne. To właśnie ten element miał największy wpływ na to, że „Window seat” zawędrowało na 20. miejsce mojego podsumowania.

(posłuchaj)

fot. okładka albumu: Erykah Badu „New Amerykah part two: return of the Ankh” (clocktower.org)

19. Robyn „Indestructible”

Robyn to artystka, wobec której miałem bardzo ambiwalentne odczucia. Singiel „Dancing on my own”, promujący pierwszy album z serii „Body talk”, wydawał mi się nieco bezbarwny, a przede wszystkim mocno przereklamowany. Mimo niechęci do tego kawałka, zachęcony pochlebnymi opiniami na temat wokalistki i jej muzyki, zdecydowałem się dać Robyn szansę i przesłuchałem „Body talk pt 1”. Jego estetyka wydała mi się jednak nieszczególnie przekonywająca. Coś mówiło mi jednak, żeby na tym nie kończyć mojej przygody z Robyn w wersji 2010. Skusiłem się więc na „Body talk pt 2”. Ku mojego zdziwieniu okazało się, iż jest to w istocie solidne wydawnictwo, a promujące go „Hang with me” zrobiło na mnie dużo większe wrażenie niż wspomniane „Dancing on my own”. Jak tylko ukazało się „Body talk pt 3” sięgnąłem po ten krążek, tyle że tym razem z dużo większą ochotą i ciekawością. Tam znalazłem coś, co od Robyn tak bardzo otrzymać pragnąłem – świetne „Indestructible”. W piosence mamy bardzo uzależniający, pulsujący podkład, który czyni z tego utworu idealnego kandydata do podboju list przebojów. Niestety singiel nie został  należycie wypromowany, coby ów podbój stał się faktem. W żaden sposób nie umniejsza to jednak drzemiącego w „Indestructible” potencjału. Moim zdaniem to właśnie jemu należy się miano najlepszego kawałka z całej serii „Body talk”. Co ciekawe, jego symfoniczna wersja, którą znajdziemy w drugiej części muzycznej trylogii, brzmi równie świetnie, co oryginał, chociaż różni się od niego znacząco. Tak trzymaj, Robyn!

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Robyn „Indestructible” (blogspot.com)

18. Groove Armada feat. Will Young „History”

Album „Black light” to obok „Happiness” duetu Hurts jedyny longplay z roku 2010, który wydał na świat aż 3 utwory uwzględnione w moim podsumowaniu. W kontekście krążka „Black light” w sieci najwięcej rozwodzono się nad piosenką „Paper romance”. Ja natomiast znacznie częściej wracałem do „Just for tonight” i „History”, stąd takie a nie inne rozmieszczenie rzeczonych tytułów w moim zestawieniu. Mimo że Will Young nie należy do szerokiego grona moich muzycznych ulubieńców (właściwie z jego singlowego dorobku podoba mi się wyłącznie „Your game”), to w numerze Groove Armady jego trochę irytujący, skrzecząco-piskliwy wokal okazał się strzałem w dziesiątkę. „History” to jedno z tych nagrań, które za sprawą niezbyt skomplikowanej, ale atrakcyjnie zaserwowanej elektroniki, świetnie sprawdza się w roli muzycznego towarzysza podczas samochodowych wojaży. Mówiąc najkrócej, to po prostu przyjemne i nieprzeciętne nagranie.

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Groove Armada feat. Will Young „History” (fotoonyou.com)

17. Crystal Castles „Celestica”

Żeby była jasność – nie jestem fanem tego zespołu. Może kiedyś stan ten ulegnie zmianie, ale póki co misja odsłuchiwania ich ostatniego albumu była dla mnie nie lada wyzwaniem. Kanadyjczycy z Crystal Castles to reprezentanci tzw. muzyki eksperymentalnej. Niestety niektórym ich eksperymentom niełatwo stawić czoła. Na szczęście ich repertuar uwzględnia także pomniejsze dziwolągi, które noszą znamiona tego, co zwykłem nazywać piosenką. Najbardziej zaintrygowało mnie zwłaszcza singlowe „Celestica”, w którym eksperyment wyszedł naprzeciw przebojowości. Połączenie elektronicznego, masywnego brzmienia z dającą się wyodrębnić niepospolitą główną melodią uczynił z tego nagrania muzyczny koktajl Mołotowa, wobec którego nie można przejść obojętnie, nawet jeżeli do nowoczesnych brzmień mamy awersję. Jest tylko jeden wymóg – omawianego singla Crystal Castles należy słuchać głośno!, w przeciwnym razie nie dotrą do nas niektóre dźwięki, a zapewniam Was, że tutaj każdy z nich ma niebagatelne znaczenie.

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Crystal Castles „Celestica” (deviantart.net)

16. Scissor Sisters „Invisible light”

Jest w tej piosence coś niepokojącego, tajemniczego i szalenie intrygującego. Doszukałem się w niej pewnych inspiracji legendarnym „Thrillerem” Michaela Jacksona. Moją fascynację tym nagraniem spotęgował teledysk, który w ostatnich tygodniach 2010 r. ujrzał światło dzienne – i to jaki teledysk! Wsłuchując się w „Invisible light”, w naszych umysłach może zrodzić się coś, co określiłbym mianem idee fixe. O omamy przy nim nietrudno, a i stan ekstazy wydaje się osiągalny. Może dręczyć, rozdrażniać, pobudzać, inicjować dziwne myśli. Jest cudaczny, co czyni go wielce interesującym. To doskonałe zwieńczenie dzieła zatytułowanego „Night work”. „Nożyczkom” ten numer wyszedł kapitalnie!

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Scissor Sisters „Invisible light” (blogspot.com)

15. Delphic „Halcyon”

Angielska formacja Delphic przed rokiem zajęła trzecie miejsce w plebiscycie BBC Sound Of 2010, wyprzedzając Theo i Adama z Hurts oraz grupę The Drums, a ustępując miejsca jedynie Ellie Goulding i Marinie Diamandis (znanej jako Marina & The Diamonds). W zespole pokładano wielkie nadzieje. Wydana w styczniu 2010 r. płyta „Acolyte” nie zadowoliła jednak wszystkich opiniotwórczych melomanów, co zresztą z zasady jest niewykonalne. Na szczęście ja na tym wydawnictwie znalazłem dużo dobrej muzyki. Grupą Delphic zainteresowałem się przede wszystkim za sprawą singlowego „Halcyon” – nagrania, które często przyporządkowuje się do kategorii „alternative dance”. W istocie jest to utwór, przy którym taniec jest możliwy, ale na pewno nie bez wcześniejszego uchwycenia charakteru piosenki. Bez względu na to, jak określimy gatunek muzyczny, z którym w niniejszym przypadku mamy do czynienia, to – zakładając, że nie czujemy obrzydzenia do artystów, którzy chętnie wplątują w swój repertuar elektronikę, nie czyniąc tego w najbardziej sztampowy sposób – bez wahania winniśmy sięgnąć po „Halcyon”. W ten sposób najszybciej przeniesiemy się w muzyczną krainę oznaczaną na mapach przez badaczy muzyki jako Delphic, a jak już się w niej znajdziemy, przekonamy się, na ile „Halcyon” faktycznie nadaje się do tańca. Ten utwór to unikat, mówię Wam.

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Delphic „Halcyon” (wikimedia.org)

14. Lady Gaga „Dance in the dark”

Lady Gaga w top 20 MUZYKO(B)LOGowego podsuwania roku?! Tak! A czemu nie? To kobieta, której bynajmniej lekceważyć nie należy, a w jej repertuarze odnaleźć można utwory, którym nie odmawiałbym wartości artystycznej. „Dance in the dark” to jej najbardziej fikuśne dzieło. Na dzień dobry można wysnuć wniosek, że to kolejny typowo parkietowy hit panny Germanotty, ale to stwierdzenie zanadto upraszcza sprawę. Piosenka wydaje się wzorować na „ejtisowych” przebojach, które choć często zbudowane były na prostej, syntezatorowej melodii, miały wyjątkowo minorowy charakter. Potencjalnie skrojonej na dyskotekowe parkiety melodii „Dance in the dark” w rzeczywistości bliżej jest do żałobnego anthemu niż skocznego floorfillera przeznaczonego do podboju światowych klubów. Nie dziwi zatem fakt, iż właśnie tę piosenkę Gaga zadedykowała swojemu przyjacielowi, Alexandrowi McQueenowi, kilka dni po tym, jak światowej sławy projektant popełnił samobójstwo. Mnie „Dance in the dark” jawi się jako nagranie wyjątkowo mroczne, a momentami wręcz psychodeliczne. Takiego charakteru nadają mu w dużej mierze masywne, przytłaczające brzmienia dodane do prostej melodii. Efekt jest piorunujący.

Dosyć skomplikowany jest status tej kompozycji. Chociaż planowo miała pełnić funkcję trzeciego singla z albumu „The fame monster”, to po sporach artystki z wytwórnią zdecydowano się postawić na mniej mroczne i bardziej wakacyjne „Alejandro”. „Dance in the dark” ostatecznie nie doczekało się teledysku i oficjalnym singlem z albumu wokalistki również nie zostało. Pełniło za to mało znaczącą rolę radiowego singla promocyjnego w niektórych regionach świata, w tym w Polsce. To wystarczyło jednak, żeby piosenka pojawiła się w moim podsumowaniu. Wprawdzie z tego, co mi wiadomo, w Belgii plik z tym utworem zaklasyfikowanym jako singiel można było legalnie pobrać już w listopadzie 2009 r., ale ostatecznie uznałem, że potraktuję go jako singiel z roku 2010. Jest to moim zdaniem jak na razie najciekawszy kawałek Lady Gagi, a nominację do nagrody Grammy w kategorii „najlepsze taneczne nagranie” uważam za zasłużoną (jest to mój tegoroczny faworyt w tejże kategorii).

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Lady Gaga „Dance in the dark” (discogs.com)

13. Ne-Yo „One in a million”

Słuchając albumu „Libra scale”, momentami miałem wrażenie, że obcuję z nowym dziełem Michaela Jacksona (posłuchajcie zwłaszcza „Cause I said so”). To poczucie spotęgował pierwszy pośmiertny longplay Króla Pop, który ani w połowie nie sprostał moim oczekiwaniom. Czyżby ochoczo naśladujący wokale Jacksona Ne-Yo uważał się za godnego następcę mistrza? Nie podejmę się w tym momencie wydania werdyktu w tej sprawie. Pewne jest jednak to, że Ne-Yo to jedna z najjaśniej świecących i najbardziej utalentowanych gwiazd współczesnego mainstreame’owego R&B. Niewielu jest obecnie przedstawicieli tego nurtu, którzy potrafią nagrywać przeboje pokroju „One in a million” – szybko wpadające w ucho, a przy tym pełne elegancji i wytworniejsze od niejednego bazującego na rytmie hitu. Przy „One in a million” odpoczniesz, i potańczysz, i nawet sprzątać możesz. Krótko mówiąc, to kolejny zgrabnie napisany i dobrze brzmiący kawałek wypuszczony przez fabrykę przebojów kryjącą się pod nazwą Ne-Yo. Ten człowiek ma smykałkę do pisania przyjemnych utworów jak mało który artysta znany nam z dzisiejszych list sprzedaży.

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Ne-Yo „One in a million” (wikimedia.org)

12. Lissie „When I’m alone”

To piosenka stworzona do codziennego penetrowania radiowych playlist. W tej roli radziłaby sobie świetnie, gdyby tylko dano jej szansę. Dlaczegóż to nie została u nas przyuważona przez największe rozgłośnie – nie pojmę. Najważniejsze, że moim uszom nie umknęła, dzięki czemu mogę radować się nią za każdym razem, gdy ją słyszę. Sam nie wiem, z czego wynika moja ogromna sympatia do tego nagrania, bo właściwie nie wyróżnia się on niczym szczególnym. Jest w nim jednak coś urzekającego. Refren „When I’m alone” szybko i chyba na trwałe wyrył się w mojej pamięci, przez co jestem skazany na to, by regularnie do tej piosenki wracać. Nie stanowi to dla mnie żadnego problemu, wszak czynię to bardzo chętnie. Utwór jest drugim singlem promującym wydawnictwo „Catching a tiger”, które poznałem tylko dzięki własnej dociekliwości – tym większy mam doń sentyment. Niebanalna prostota „When I’m alone” to z pewnością jeden z atutów tego nagrania. Ja dałem się złapać w sidła Lissie. Może ktoś z Was też jest chętny?

(posłuchaj)

fot. okładka albumu: Lissie „Catching a tiger” (amemagazine.co.uk)

11. Fox feat. Organek „Mind goes blank”

Utwór promujący wydawnictwo „Fox box” to efekt współpracy niejakiego Foxa, czyli Michała Króla, znanego z 15 Minut Projekt, oraz członka grupy SOFA – Tomasza Organka. Album wydano nakładem kopalni talentów – Kayax. Już sam zestaw ludzi był gwarancją tego, że będziemy mieli do czynienia z nietuzinkową muzyką o świeżym, oryginalnym brzmieniu. I w istocie tak jest. Piosenką „Mind goes blank” Fox wywalczył sobie nagrodę dziennikarzy podczas festiwalu TOPtrendy 2010 w koncercie „Trendy”. Z początku nie doceniłem tego nagrania, aczkolwiek już na festiwalu wydało mi się co najmniej interesujące. Szybko jednak mną zawładnęło. Od tego czasu Fox przypomina mi o tym, że w Polsce również powstają kapitalne produkcje. Niestety większość z nich ginie w gąszczu przeciętnych piosenek lansowanych na siłę w największych mediach, które wzdrygają się, by dać szansę bardziej wyszukanym utworom. Na szczęście internet ułatwia nam dotarcie do takich perełek, jak „Mind goes blank”. Zresztą, posłuchajcie i sami przekonajcie się o tym, że niektórzy polscy wykonawcy nie muszą mieć kompleksów wobec zagranicznych gwiazd, bo często przewyższają je talentem – i to znacząco.

(posłuchaj)

fot. okładka albumu: Fox „Fox box” (serpent.pl)

10. Kelis „4th of July (fireworks)”

Kelis porzuciła R&B na rzecz mocnych, dyskotekowych bitów i – wbrew opiniom niektórych fanów Amerykanki – sądzę, że nie wyszło jej to na złe. Można tęsknić za jej wcześniejszym wcieleniem, jednak tym obecnym w moim przekonaniu udowodniła, że jest artystką wszechstronną, która nie boi się stawić czoła panującym trendom, wyciskając z nich to, co najatrakcyjniejsze. „4th of July (fireworks)” nie powtórzyło wprawdzie sukcesu „Acapella”, ale nie przeszło całkiem niezauważone. Ten numer ma w sobie taką energię i siłę, jakiej niejeden artysta nagrywający na co dzień muzykę klubową nie jest w stanie wytworzyć w żadnym swoim dziele. Gdy ustawimy głośniki wystarczająco głośno, szybko odurzy nas fantastyczny podkład hitu Kelis. To jeden z moich ulubionych kawałków minionego lata, toteż wysoką pozycję w rocznym rankingu zapewnił sobie już kilka miesięcy temu. Szkoda, że nie dane mi było usłyszeć go na żywo podczas występu Kelis na krakowskim Rynku w sylwestrową noc, jednak pocieszeniem w postaci wersji studyjnej bynajmniej nie wzgardzę. Takiego dynamitu po Kelis się nie spodziewałem!

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Kelis „4th of July” (muumuse.com)

9. Alicia Keys „Un-thinkable (I’m ready)”

Piękna Alicia w końcu nagrała delikatny, subtelny i kojący utwór, który śmiało można uznać za jedno z jej najlepszych dokonań w trwającej już 10 lat muzycznej karierze. Na taką właśnie kompozycję w jej wykonaniu czekałem od dawna. Nie przepadam za piosenkami, w których Amerykanka po prostu wrzeszczy, a niestety lubi to robić – tak jak czyni to niejednokrotnie w popularnym „No one” czy niedawnym „Empire state of mind”. Moje uszy nie mogą wtedy znieść wydobywających się z jej gardła dźwięków. Niemniej estetyka i sposób prowadzenia wokalu, które Alicia obrała w „Un-thinkable (I’m ready)”, są bez zarzutu. To dla mnie ważne nagranie. Intymna atmosfera, jaką wytwarza, jest absolutnie wyjątkowa. Swoistą stylistyczną kontynuacją tej kompozycji jest według mnie utwór „Fireworks” Alicii i Drake’a (znajdziemy go na albumie „Thank me later” tego drugiego) – liczę na to, że i to nagranie doczeka się statusu singla (chociaż na razie jakoś się na to nie zanosi).

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Alicia Keys „Un-thinkable (I’m ready)” (faraitoday.com)

8. Mark Ronson & The Business Intl feat. Boy George & Andrew Wyatt „Somebody to love me”

Ten utwór spodobał mi się od razu. Rytmicznie wypada wyśmienicie. Kontrastujące ze sobą wokalizy, tj. zachrypnięty, szorstki głos Boya George’a (pamiętacie go z „Do you really want to hurt me” albo „Karma chameleon” Culture Club, którego był wokalistą?) oraz falset Andrew Wyatta (znanego z formacji Miike Snow), tworzą mieszankę wybuchową, która czyni z tego kawałka zdecydowanie najlepszy moment całego albumu „Record collection” Marka Ronsona. Jak uczy doświadczenie, nie zawsze współpraca wielu artystów przynosi oczekiwane efekty. Tym razem kilku indywidualnościom udało się stworzyć coś spektakularnego. Do doskonale obmyślonego rytmu i fajnie zgranych wokali dochodzą jeszcze klawisze oraz gitara. Efekt jest więcej niż udany i w ten sposób mamy kolejny fantastycznie skrojony szlagier.

(posłuchaj)

fot. okładka albumu: Mark Ronson & The Business Intl „Record collection” (amazon.com)

7. Take That „The flood”

Nigdy nie kibicowałem tym panom. Lubiłem ich dosłownie przez kilka miesięcy jako dziecko mniej więcej na przełomie 1994 i 1995 r. Po ich reaktywacji w połowie minionej dekady czułem, że dojrzeli, rozwinęli skrzydła, ale zaledwie kilka razy udało im się przykuć moją uwagę (zwłaszcza singlem „Shine”) i zawsze tylko na krótki moment. Aż przyszła jesień roku 2010. Robbie Williams w Take That początkowo nie miał wiele do powiedzenia; nie mógł się nawet wykazać wokalnie, stanowiąc tło dla Gary’ego Barlowa i Marka Owena. Solowa kariera zapewniła mu jednak status światowej megagwiazdy i ulubionego wokalisty Brytyjczyków przełomu wieków, toteż jego niedawny powrót do Take That automatycznie dawał mu prawo do większego udziału w nagrywanym materiale. Połączenie sił zaowocowało solidnym, ekstremalnie popularnym na Wyspach albumem „Progress” promowanym przez najlepszą (oj, tak!) piosenkę w karierze zespołu. To ponadto jeden z kilku popowych kawałków, które w ubiegłym roku zrobiły na mnie największe wrażenie, stąd jedna z czołowych pozycji w moim podsumowaniu. Jego patos, bijąca zeń siła, pięknie skomponowana muzyka, jak i świetnie współbrzmiące wokale, tworzą coś na miarę hymnu. Cytując serwis uk.yahoo.com: „Drowning never sounded so good”.

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Take That „The flood” (robbiewilliamsmusic.ru)

6. Fenech-Soler „Stop and stare”

Ten kawałek przesłuchałem po raz pierwszy jakiś czas po tym, jak BBC Radio 1 dodało do swojej playlisty wydany po nim singiel „Lies”. Zespół Fenech-Soler to w moim przekonaniu jeden z lepiej zapowiadających się, chociaż trochę niedocenianych, projektów w muzyce elektronicznej, a ich „Stop and stare” to doprowadzający do zawrotów głowy, mistrzowski numer! Odurza jak narkotyk, mami, rozrywa od środka. Cóż ja będę więcej pisał. Pierwszorzędny numer!
(więcej o Fenech-Soler pisałem tutaj)

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Fenech-Soler „Stop and stare” (myspace.com)

5. Pendulum „The island, pt. I (dawn)”

Grający na co dzień drum and bass Australijczycy z Pendulum sprezentowali nam w 2010 r. długogrający album „Immersion”, który w moim odczuciu okazał się wydawnictwem bardzo nierównym. Z jednej strony mamy trochę męczące, hałaśliwe nagrania, po których uszy nie pragną niczego innego, jak absolutnej ciszy, z drugiej zaś emanujące pozytywną energią, zdolne rozbudzić w słuchaczu zwierzęce instynkty muzyczne fajerwerki. Utwór „The island, pt. I (dawn)” bez wątpienia należy do tej drugiej grupy. Zawładnął mną z miejsca, dając takiego kopa, po którym trudno się pozbierać. Gdy jego elektryzujący, intensywny podkład dudni z moich głośników, daję się ponieść fantazji, myśląc wyłącznie o dobrej zabawie. Wprawdzie kompozycja „The island” w istocie składa się z dwóch, funkcjonujących jako osobne nagrania, części – „Dawn” i „Dusk”, jednakże tylko tej pierwszej udało się odcisnąć na mnie swoje piętno. Gdy w październiku 2010 r. doszły mnie słuchy, że zespół Pendulum planuje zawitać do grodu Kraka w pierwszej połowie listopada, wiedziałem, że tej imprezy nie mogę sobie podarować. Musiałem tam być przynajmniej dla tego jednego nagrania. Impreza ostatecznie się nie odbyła, ale nie zmienia to faktu, że „The island, pt. I (dawn)” do dzisiaj jest jednym z najczęściej wybieranych przeze mnie singli z roku 2010, pomimo tego, że twórczość Pendulum nie do końca do mnie nie przemawia (godny polecenia jest również zamykający „Immersion” utwór „Encoder”).

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Pendulum „The island” (en.wikipedia.org)

4. The Coral „1000 years”

Nie było w tym roku gitarowego singla, który miałby tyle wdzięku i klasy, co propozycja The Coral. Wielbię ten utwór za jego godne podziwu niedzisiejsze brzmienie oraz staroświecką stylizację na płaszczyźnie wokalnej. Czy ten sposób śpiewania nie przypomina Wam o The Beach Boys? „1000 years” to specyficzne nagranie. Słuchając go, czuję muzyczną rozkosz, ale zapytany o to, co o nim myślę, mam trudności, by skonstruować jakąś dłuższą wypowiedź. Może zatem zamiast próbować przekonać Was do tego, że – choć krótki – jest to utwór ponadprzeciętny, po prostu zaproponuję Wam, żebyście dali mu szansę. Może odkryjecie w nim to, co ja w nim dostrzegłem (a raczej – czego się w nim dosłuchałem)?

(posłuchaj)

fot. okładka singla: The Coral „1000 years” (deezer.com)

3. Brodka „Granda”

O nowej płycie Brodki pisałem już na blogu tyle razy (tu – recenzja, tu – relacja z krakowskiego koncertu), iż moje singlowe podsumowanie roku byłoby niepełne bez utworu reprezentującego to wydawnictwo. Nie jest to jednak popularne „W pięciu smakach”, a wydana po nim piosenka „Granda”. Nawiasem mówiąc, genialna piosenka. Jest w tym numerze coś takiego, co sprawiło, że pokochałem go całym sercem. „Granda” uzależnia jak używki wszelkiej maści – można się nią narkotyzować na wiele sposób. Zdaje sobie sprawę z tego, że o tej piosence można wypowiadać się różnie, ale na pewno nie można zarzucić jej nijakości. Można ją pokochać, można się nią irytować, ale nagrania, które z taką łatwością wbijałoby się w głowę, nie chcąc za żadne skarby jej opuścić, Polska nie miała już dawno. Bezobciachowe motywy ludowe, nieprzytłaczająca masywnością elektronika, zabawny tekst, swawolnie poruszająca się po dźwiękach wokalistka i sprytnie dołożone do tego backing vocals – to musiało się udać. Ten numer brzmi rewelacyjnie, a jeszcze lepiej sprawdza się na żywo, z czym zgodzi się – jak sądzę – każdy, kto był na którymkolwiek z koncertów Moniki podczas niedawno zakończonej serii widowisk pod kryptonimem „Granda Tour”. Brodka nagrała najlepszy w swoim dorobku album i wylansowała mój ulubiony polski szlagier roku 2010. Oj, niech mnie ktoś spróbuje przekonać, że to nie był jej rok!

(posłuchaj)

fot. okładka albumu: Brodka „Granda” (zwierciadlo.pl)

2. The Courteeners „You overdid it doll”

Indie rock rzadko brzmi tak melodyjnie i przebojowo. Pokochałem ten numer mniej więcej rok temu, jak tylko BBC Radio 1 dodało go do swojej playlisty. Jak napisał Fraser McAlpine na The Chart Blog na stronach BBC, „If a song flies, it flies”. Wierni fani indie rocka mogą być bardzo krytyczni wobec tego nagrania – wiele ma ono bowiem wspólnego z muzyką pop, która najczęściej stoi w opozycji do indie rocka. Być może i „You overdid it doll” nie jest produkcją przełomową, powalającą na kolana tak kompozycyjnie, jak i tekstowo, a jej autorzy nie mogą uznawać siebie za twórców arcydzieła… Mimo tego jest to według mnie jeden z najbardziej chwytliwych gitarowych kawałków ostatniego roku, który nadaje się do słuchania o każdej porze roku czy też w różnych porach dnia i nocy. Pomaga mi się odstresować, wprowadza mnie w dobry nastrój, a jednocześnie jest doskonałym dowodem na to, że można się wyluzować, słuchając czegoś ambitniejszego od infantylnych przyśpiewek pokroju „Waka waka” (za której krytykę już mi się na blogu oberwało). „You overdid it doll” dumnie towarzyszy mi od roku podczas poruszania się po polskich drogach, w czasie przygotowań do imprezy czy w trakcie pisania bloga. Zatem nawet jeśli ustępuje walorami artystycznymi części nagrań, które udało mu się w niniejszym rankingu wyprzedzić, to bije je na głowę tym, jaką rolę odegrał w moim życiu w roku 2010. Dobra robota, panowie!

(posłuchaj)

fot. okładka singla: The Courteeners „You overdid it doll” (tumblr.com)

1. Hurts „Wonderful life”

To było dla mnie jak objawienie. W pierwszej połowie roku kilka razy Facebook zasugerował mi, żebym kliknął „lubię to” na coś, co nazywa się „Hurts”. Za każdym razem myślałem: „Nie będzie mi tu nikt dyktował, co mam lubić”. Aż w końcu przyszedł ten dzień, gdy jakimś cudem na YouTube natrafiłem na skromny, acz ujmujący prostotą, teledysk do piosenki zatytułowanej tak samo, jak nagrany w połowie lat 80. XX wieku przebój Blacka – „Wonderful life”. Obejrzałem go po raz pierwszy. Włączyłem ponownie. I potem znowu. „WOW!” – pomyślałem olśniony. Zresztą, moim odkryciem podzieliłem się z Wami za pośrednictwem bloga kilka tygodni później (tutaj).

W latach 80. żyłem niezbyt długo, bo tylko 4 lata. Zresztą, i tak niewiele z tego okresu pamiętam – poza panią ze żłobka, żłobkowym kącikiem z zabawkami (fajny był zwłaszcza taki niebiesko-biały, plastikowy traktor) i kilkoma innymi „istotnymi” detalami. Ale podczas „Wonderful life” czuję się, jakbym nagle cofnął się w czasie i znalazł się gdzieś w samym środku tamtego odległego (przynajmniej dla mnie) dziesięciolecia. Intrygujący wokal Theo Hutchcrafta, głęboko zapadająca w pamięć melodia – tak refrenu, jak i spokojniejszych zwrotek, piękny, przeszywający do szpiku kości saksofon w kulminacyjnym momencie piosenki i – przede wszystkim – to genialne syntezatorowe brzmienie serwowane przez Adama Andersona

Paradoksalnie w owych „ejtisowych” dźwiękach odkryłem coś świeżego; coś, czego od dawna brakowało mi w muzyce pop. W końcu znalazłem swój przebój – przebój, który towarzyszył mi podczas upalnego letniego popołudnia, w czasie wieczornej jesiennej pluchy, jak i w mroźny, śnieżny grudniowy poranek. „Ci, których boli najpiękniej” (jak mówi o nich jeden z moich stałych czytelników) uwiedli mnie swoim „Cudownym życiem” i dzielnie znosili wszystkie moje humory, które miewałem przez ostatnie pół roku, słuchając ich kompozycji. Byli lekiem na smutek i dopalaczem w chwilach uniesień. Dali mi nadzieję. A ich piątkowy koncert w Krakowie tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że „Wonderful life” to muzyczne mistrzostwo świata. Oto mój przebój roku. Nie podoba się komuś? Trudno. Lepszego nie mogłem sobie wymarzyć.

(posłuchaj)

fot. okładka singla: Hurts „Wonderful life” (hypetrak.com)