Kim jest… Bobby Brown?

Opisując historię singla „All the man that I need” Whitney Houston, obiecałem, że przybliżę Wam postać Bobby’ego Browna. Właśnie dotrzymuję słowa.

O tym, że Brown nie jest potulny jak baranek, wiadomo nie od dziś. Przedstawiając jego osobę, niesfornym zachowaniom gwiazdora bez większego wysiłku moglibyśmy poświęcić co najmniej tyle miejsca, co jego muzycznym sukcesom i porażkom. Prowadzenie samochodu w stanie nietrzeźwości bądź pod wpływem innych środków odurzających, posiadanie narkotyków, uzależnienie od kokainy, heroiny czy cracku, alkoholizm, publiczne oddawanie moczu, symulowaniu seksu z fanką na scenie, niepłacenie alimentów, agresywne zachowanie wobec żony oraz policji – to i tak nie wszystkie wyskoki muzyka-celebryty. Wiele pisało się ponadto o negatywnym wpływie Browna na życie jego słynnej eksżony, Whitney Houston. To podczas kilkunastoletniego małżeństwa tej dwójki Houston uzależniła się od narkotyków, a później miała coraz większe trudności, by szturmować listy przebojów swoimi kolejnymi singlami.

Prezentując w telegraficznym skrócie bujne życie osobiste Bobby’ego, wyszczególnić warto również to, że gwiazdor po raz pierwszy został ojcem jeszcze jako nastolatek (miał wtedy zaledwie 17 lat). Był również uczestnikiem samochodowego pościgu i ofiarą zaistniałej w związku z tym pościgiem strzelaniny, w której zginął jego powinowaty, a on sam został ranny. Na brak adrenaliny Brown nigdy nie mógł zatem narzekać. Zresztą kilka tygodni temu ponownie został zatrzymany przez policję za używanie telefonu podczas jazdy, po czym okazało się, że wokalista jechał w tym czasie na „podwójnym gazie”.

Byłoby to jednak wielce niesprawiedliwe, gdybyśmy prezentując sylwetkę Bobby’ego Browna, skupiali się wyłącznie na jego życiowych perypetiach. Brown jest bowiem jednym z pionierów new jack swingu, o którym miałem napisać na blogu już z rok temu (ale obiecuję, że kiedyś w końcu to uczynię!). Mimo że początków tego gatunku większość doszukuje się w amerykańskich nagraniach z pogranicza R&B i hip-hopu z drugiej połowy lat 80. XX w., moim zdaniem newjackswingowe elementy da się wskazać już w wylansowanym w 1983 r. przeboju „Candy girl” chłopięcej formacji New Edition („numer jeden” na The UK Singles Chart). A to właśnie od udziału w tym projekcie rozpoczęła się wielka – choć od dawna niemająca już żadnych znaczących epizodów – muzyczna kariera Bobby’ego Browna.

fot. okładka albumu: New Edition „Candy girl” (1983 r.) (Bobby to nie ten w sukience i z kokardą we włosach) (spotify.com)

Robert Barisford Brown, bo tak w rzeczywistości zowie się popularny Bobby, współpracę z New Edtion rozpoczął jeszcze pod koniec lat 70. Grupa nosiła wówczas nazwę The Bricks. Zaledwie 9-letni w tym czasie Bobby współtworzył ją ze swoimi kolegami – Michaelem Bivinsem i Rickym Bellem. Następnie do grona członków grupy dopisano 2 innych chłopców – Ralpha Tresvanta i Ronniego DeVoe. 5-osobowy skład wokalny próbował swoich sił w różnych konkursach piosenki, czego rezultatem był podpisany w końcu profesjonalny kontrakt płytowy. Tym samym w 1983 r. – już jako New Edition – boysband wydał swój debiutancki longplay pt. „Candy girl”.

Formacja cieszyła się przez kilka lat dużą popularnością – i to nie tylko w USA, zaliczyła kilka triumfów na listach sprzedaży, wygenerowała pokaźne zyski dla managementu. Brown był jednak coraz bardziej zmęczony tym, iż nie mógł non stop grać w zespole pierwszych skrzypiec. Ponadto zarzucał osobom stojącym za sukcesem zespołu, że żerują na pracy jego oraz jego kolegów, nie oferując im za tę pracę godziwej zapłaty. Ostatecznie pod koniec 1985 r. drogi New Edition i Browna się rozeszły. Trudno jednak dziś rozstrzygnąć, czy prawdziwe są informacje, iż Bobby został z zespołu najzwyczajniej wyrzucony. Pojawiają się bowiem głosy, że to on sam zdecydował o opuszczeniu formacji. Jego miejsce szybko zajął działający wcześniej w pojedynkę Johnny Gill.

Brown nie miał jednak powodów do rozpaczy, gdyż w tym czasie miał już „ugadany” kontrakt płytowy z inną wytwórnią. Dzięki temu jeszcze przed końcem następnego roku ukazał się jego pierwszy solowy album o nieskromnym (nawiasem mówiąc, oddającym naturę wokalisty) tytule – „King of stage”. Ameryka (podobnie jak i reszta świata) nieszczególnie była zainteresowana nową muzyką Browna, jednak los szybko się odmienił i wydany 2 lata później longplay „Don’t be cruel” uczynił z muzyka jedną z czołowych postaci amerykańskiej muzyki końca lat 80. Nie są to nazbyt szumne słowa, ponieważ album „Don’t be cruel” (wyprodukowany nie przez byle kogo, bo przez Babyface’a i L.A. Reida), stanowiący w istocie definicję tego, co winniśmy rozumieć pod pojęciem „new jack swing”, sprzedawał się w USA doskonale, stając się najpopularniejszym tytułem 1989 r. (mimo że premierę miał jeszcze w połowie 1988 r.). Z płyty pochodziło 5 hitów z pierwszej dziesiątki The Billboard Hot 100, w tym ten najważniejszy – „My prerogative”. Singiel z tym nagraniem zaprowadził Browna na szczyt amerykańskiego zestawienia sprzedaży singli i do dzisiaj uchodzi za jego opus magnum. Piosenkę niecałą dekadę temu przypomniała nam Britney Spears, promując nią swój pierwszy album typu „greatest hits”.

„Don’t be cruel” z aprobatą kupujących spotkało się również w Europie (m.in. #3 w Wielkiej Brytanii, dwukrotna platyna), chociaż skala sukcesu tego wydawnictwa była w USA nieporównywalnie większa. Jednym z jego rezultatów była nagroda Grammy za najlepsze męskie wykonanie R&B. Brown pojawił się ponadto w obsadzie filmu „Pogromcy duchów II”, a jego piosenka „On our own” promowała ten obraz na kanałach muzycznych i przyniosła wokaliście kolejny sukces, do którego ten coraz bardziej się przyzwyczajał.

Nie zdziwiłoby mnie jednak, gdyby za swój największy triumf wyczulony (jak się domyślam) na swoim punkcie Brown uznał to, iż podczas towarzyszącej wydaniu płyty „Don’t be curel” trasy koncertowej jego supportem był w niektórych miejscach jego dawny zespół – New Edition. To musiał być policzek dla wszystkich tych, którzy kiedyś uznali, że Brown nie jest jednym z kluczowych elementów tej boysbandowej układanki. Aczkolwiek chwilę wcześniej to jeszcze niepokorny Bobby otwierał koncerty New Edition. W gruncie rzeczy takie koleje losu nie są obce wielu innym kobiecym bądź męskim grupom wokalnym…

fot. okładka albumu: Bobby Brown „Don’t be cruel” (1988 r.) (spotify.com)

Na fali sukcesu płyty „Don’t be cruel” wydano album z remiksami „Dance!… Ya know it!”, którego tytuł zaczerpnięto z filmowego singla „On our own”. Końcówka lat 80. była zatem dla Browna więcej niż udana. Jednakże lata 90. nie obeszły się z nim już tak łaskawie. Zaczęło się całkiem nieźle, gdyż od albumu „Bobby”, na który wokalista kazał czekać fanom do roku 1992. Bobby nadal gustował w newjackswingowych klimatach, mimo że były to już ostatnie podrygi tego gatunku. Niemniej jego trzecie studyjne wydawnictwo solowe i tak sprostało zadaniu. Nie generowało co prawda już tak wysokich wyników sprzedaży, jak jego poprzednik (który na szczycie The Billboard 200 spędził łącznie 6 tygodni), ale 2. miejsce na The Billboard 200 i dwukrotną platynę trudno uznać za przejawy braku powodzenia.

Co ciekawe, w niektórych krajach album „Bobby” notowany był wyżej niż „Don’t be cruel”. Ten pierwszy nie wylansował już jednak tylu przebojów. Najlepiej radził sobie singiel pilotujący to wydawnictwo – „Humpin’ around”. Dużo mówiło się również (choć nie przełożyło się to na sprzedaż) o wspólnym nagraniu Bobby’ego z jego ukochaną, Whitney Houston. Ich singiel nosił tytuł „Something in common”. Później przyszedł czas na kolejny remiks album, na którym znalazła się m.in. odświeżona wersja singla „Two can play that game” (w remiksie autorstwa brytyjskiego teamu producenckiego K-Klass). Klip do tego nagrania jest właściwie jednym z niewielu teledysków Browna, które pamiętam z anteny europejskiego MTV. Warto odnotować, że wspomniany singiel był najwyżej notowaną solową piosenką muzyka w Wielkiej Brytanii (#3).

W czasie, gdy Bobby Brown robił solową karierę, jego dawny zespół zdołał wylansować jeszcze kilka przebojów. Końcówka lat 80. była jednak okresem, gdy prognozy dla zespołu nie przedstawiały się najlepiej. Postanowiono więc trochę poeksperymentować, tworząc kilka pobocznych projektów. Z jednej strony w 1990 r. ukazał się debiutancki longplay tria Bell Biv DeVoe (nazwa stworzona z nazwisk 3 członków New Edition), z drugiej zaś solowe wydawnictwa wypuścili pozostali 2 członkowie grupy. Rozłąka dobrze wszystkim zrobiła, ponieważ side projecty członków zespołu utrzymały ich na topie. Ta decyzja najbardziej opłaciła się formacji Bell Biv DeVoe.

W 1996 r. doszło do reaktywacji zespołu. A że w latach 90. sukcesywnie malało zainteresowanie muzyką Browna, również i on zaakceptował pomysł wznowienia działalności New Edition. Owocem tej współpracy był album „Home again”, a promujące go single, zwłaszcza „Hit me off” i „I’m still in love with you”, trochę namieszały na The Billboard Hot 100. Żaden z 5 wydanych wcześniej studyjnych albumów boysbandu nie gościł w top 5 zestawienia sprzedaży płyt w USA, tymczasem „Home again” przywiodło zjednoczonych muzyków na sam szczyt listy. Wprawdzie Brown na początku lat 90. kilkukrotnie podejmował już współpracę ze swoim pierwotnym zespołem, ale były to jedynie czysto gościnne występy. Niestety konflikty w grupie szybko się odrodziły, co doprowadziło do przedwczesnego zakończenia promocyjnego tournée i ponownego zaprzestania działalności. Nie było to jednak rozstanie na dobre, ponieważ w XXI w. zespół kilkukrotnie pojawiał się wspólnie na scenie.

W 2004 r. New Edition nakładem Bad Boy Records wydało jeszcze album „One love”, tyle że w jego powstaniu Brown już nie uczestniczył. Problem polegał na tym, że muzycy nie mogli znaleźć wspólnego języka z Diddym, czołową postacią wytwórni. Rozgoryczeni nieodpowiednią promocją albumu szybko odeszli z wytwórni słynnego rapera. 4 lata później Bobby Brown po raz kolejny nawiązał współpracę z kolegami z New Edition. Wraz z dwójką z nich (Gillem i Tresvantem) powołał do życia projekt o nazwie Heads Of State. Obecnie formacja New Edition znowu funkcjonuje w pełnym składzie, ale znając życie, długo w tej konfiguracji nie przetrwa.

fot. okładka albumu: Bobby Brown „Forever” (1997 r.) (amiright.com)

Wróćmy jeszcze na moment do solowej kariery Bobby’ego, ponieważ po rozpadzie New Edition w połowie lat 90. (na skutek kłótni podczas trasy koncertowej wspierającej sprzedaż albumu „Home again”) wokalista wrócił na rynek z nowym solowym materiałem. Tak samo jak jego ówczesnej małżonce, Whitney Houston, trwający już kilka lat związek z Brownem nie służył – zarówno prywatnie, jak i zawodowo, tak i on sam z czasem nie mógł uznawać go za marketingowo opłacalny. Wydany w 1997 r. album „Forever” był komercyjną porażką. Promowano go zaledwie jednym singlem, „Feelin’ inside”, który do tego nie zdołał mocniej zaistnieć na listach sprzedaży. I chociaż od wydania tego wydawnictwa mija w tym roku 15 lat, Bobby od tego czasu nie zdołał wydać nowego pełnowymiarowego materiału. Kilka solowych singli wypuszczonych już w XXI wieku przeszło bez echa. Nieco lepiej poradził sobie wspólny utwór Browna z raperem Ja Rulem z 2002 r. – „Thug lovin'”.

Bobby’emu ewidentnie przestało dopisywać szczęście. W połowie lat 90. muzyk prowadził rozmowy z wytwórnią Tupaca Shakura, który chwilę później został zastrzelony. Kilka lat później Brown negocjował warunki współpracy z Murder Inc. Records, którego jednym z założycieli był wspomniany Ja Rule, jednak sytuacja wytwórni szybko się skomplikowała, a nasz bohater ostatecznie nie wydał pod tym szyldem żadnego albumu.

Wokalista skupił się za to na roli celebryty, występując w programach typu reality show (dorobił się nawet własnego – „Being Bobby Brown”) i talk show, grając w filmach, wplątując się w kolejne afery. W kwietniu 2007 r. ostatecznie zakończyło się jego burzliwe małżeństwo ze starszą o 5 i pół roku Whitney Houston, z którą wokalista ma córkę – Bobbi Kristinę. Ma on jeszcze czwórkę dzieci z 3 innymi kobietami: Landona z Meliką Williams, LaPrincię i Roberta z Kim Ward oraz Cassiusa z Alicią Etheridge, z którą Bobby związał się po rozpadzie małżeństwa z Whitney. Brown w efekcie przywołanych w tekście wydarzeń i zachowań przestał być przez wielu postrzegany jako muzyk, a stał się za to jednym z ulubieńców tabloidowej prasy, której jego muzyka zdaje się nie obchodzić. Nawet podczas niedawnego pogrzebu Houston Bobby nie potrafił pohamować swej skłonności do skandali – ostentacyjnie opuszczając uroczystość, wywołał oczywiście kolejną burzę wokół swojej osoby.

Dzisiaj Bobby Brown liczy 43 wiosny. W związku z nawiązaniem przez niego współpracy z New Edition istnieje szansa, że wokalista ponownie skoncentruje się na muzyce. Od kilku lat mówi się prócz tego, iż w przygotowaniu jest jego powrotny solowy album. Czy Bobby jest w stanie muzycznie czymś jeszcze nas zaskoczyć – wątpię, ale chętnie przekonałbym się o mylności mojej tezy. Na razie wolę posłuchać jego starszych nagrań, zwłaszcza że część z nich to flagowe pozycje gatunku, którego nazwę przywołałem w tym tekście kilkukrotnie.

Posłuchaj:
„Girlfriend” (singiel promujący pierwszy solowy album Browna)
„My prerogative” (największy solowy przebój Bobby’ego, pochodzi z bestsellerowego albumu „Don’t be cruel”)
„Rock wit’cha” (ostatni singiel z albumu „Don’t be cruel”)
„On our own” (piosenka z filmu „Pogromcy duchów II”)
„Someting in common” (duet z Whitney Houston)
„Two can play that game (K-Klass mix)”
„Thug lovin'” (Ja Rule feat. Bobby Brown)

fot. Bobby Brown w XXI w. (wac.450f.edgecastcdn.net)