MTV Europe Music Awards 2010 – komentarz

Od MTV Europe Music Awards 2010 (zorganizowanego w Madrycie, tym razem nie w pierwszy czwartek listopada) minął już tydzień, emocje opadły (zakładając, że impreza jakiekolwiek emocje wywołała), przyszedł zatem czas na chłodną ocenę tego – bądź co bądź – ważnego muzycznego wydarzenia.

MTV EMA od kilkunastu lat pozostaje w wąskim gronie imprez muzycznych, których wyczekuję i staram się nie opuszczać. Nie oznacza to bynajmniej, że jest to moim zdaniem jakieś arcyciekawe, ekscytujące widowisko. Moje zainteresowanie tym eventem wynika raczej z przywiązania do wszystkiego, co kojarzy mi się z okresem mojego dzieciństwem, zwłaszcza tym, co miało jakikolwiek wpływ na to, że dziś muzyka jest jedną z najważniejszych płaszczyzn mojego życia. To właśnie z sentymentu nie jestem w stanie odpuścić sobie kolejnych rozdań nagród europejskich oddziałów MTV, ponieważ po dziś dzień doskonale pamiętam, jaka radość towarzyszyła mi, kiedy – jeszcze jako kilkuletni uczeń szkoły podstawowej – oglądałem pierwszą galę wręczenia MTV EMA. Odbyła się ona w Berlinie jesienią 1994 r., a prowadził ją sam Tom Jones. Podczas pamiętnego berlińskiego show wśród artystów, których performance mogłem wówczas obejrzeć, nie brakowało wielkich postaci muzyki rozrywkowej, byli tam bowiem m.in. Prince, Björk  i George Michael. Dzisiaj nikogo z wymienionych nie dostrzeżemy nie tylko na liście występujących na scenie gwiazd czy artystów nominowanych w jakiejkolwiek kategorii, ale nawet pośród osób wręczających statuetki czy choćby siedzących na widowni. Nie powinienem, jak sądzę, mieć do organizatorów pretensji z tego tytułu, ponieważ gwiazdy pokroju Prince’a okres największej popularności mają już raczej za sobą, a i odbiorcy ich nowych dokonań pewnie nieszczególnie interesuje się obecnymi poczynaniami ważnej niegdyś dla nich stacji MTV. Dziś stawia się na muzyków innego typu, więc nie ma się co dziwić, że reprezentantów starszego pokolenia na gali MTV nie dostrzeżemy (z małymi wyjątkami – w tym roku w postaci zespołu Bon Jovi). Współcześnie w dużej mierze prym wiodą artyści, którzy nie mają prawa pamiętać dnia, w którym MTV wyemitowało na swojej antenie pierwszy teledysk (The Buggles „Video killed the radio star”). Za „starszaka” uznać zatem moglibyśmy już takiego Eminema, któremu za 2 lata stuknie czterdziestka. Choć nie sposób nie zwrócić uwagi na to, że również on musiał się posłużyć młodszymi, żeby przyciągnąć do siebie większą rzeszę młodych fanów (jak bowiem inaczej tłumaczyć powstanie duetu z Rihanną, który na pewno nie miałby racji bytu jeszcze kilka lat temu?). Przypuszczalnie niebawem i on będzie musiał uznać „wyższość” młodszych kolegów z branży, tym bardziej że to nie jemu przypadła w udziale statuetka dla najlepszego wokalisty, lecz pupilkowi nastolatek (ponad 2 razy młodszemu od rapera), Justinowi Bieberowi. To właśnie młody Kanadyjczyk jest zdaniem widzów MTV najlepszym obecnie wokalistą. Skoro tak brzmią najlepsi, to chyba nie chcę wiedzieć, jakich innych wokalistów słuchają osoby, które oddały głos na Biebera…

Na wspomnianej gali z 1994 r. wśród osób wręczających statuetki znajdowało się kilka postaci związanych z wielkim światem mody. A kogo do tej roli zaproszono na tegoroczną galę? Ano mieliśmy powtórkę z rozrywki, bowiem w kilku punktach prezenterzy z EMA pokryli się z tymi z MTV Video Music Awards 2010. Czyżby MTV nie było stać na ściągnięcie do Madrytu choćby kilku innych celebrytów? Szczególnie zatrważające jest to, że zaszczytu (dziś już trochę wątpliwego, ale zawsze jakiegoś) ogłaszania wyników głosowania w jednej z kategorii dostąpiły reprezentacje 2 najidiotyczniejszych programów świata, „Ekipy z New Jersey” i „Jackass”. Plastikowa lala i niesforny karzeł w niewybredny sposób pokazujący milionom swoje genitalia – taką rozrywkę zaoferowało nam w tym roku MTV. A i wybór Miley Cyrus na osobę ogłaszającą zwycięzcę w kategorii „najlepszy artysta rockowy” wydaje się jakimś nieporozumieniem. I tak ma wyglądać najważniejsza gala muzyczna w Europie?!  Zresztą, jaki jest sens organizowania imprezy muzycznej na taką skalę, podczas gdy stacja, która się tego podejmuje, sama uznała, że nie jest już kanałem muzycznym (odsyłam do mojego wpisu pt. „MTV: reality killed the video star”). Zgodnie więc z moim – wygłaszanym już na blogu – postulatem, skoro MTV odczuwa potrzebę promowania bohaterów żałosnych programów typu reality show emitowanych na jego antenie, niech w takim razie wykreuje dla nich osobne rozdanie nagród, a z nagród muzycznych najzwyczajniej zrezygnuje… Połączenie obu tych światów jest dla mnie nie do przyjęcia.

Czy kolejnym dowodem na upadek MTV EMA nie jest fakt, że aż w 5 kategoriach (nie licząc tych, które ograniczały się jedynie do odczytania laureatów, tj. „najlepszy wykonawca serii ‚MTV Push'”, „najlepszy wykonawca serii ‚MTV World Stage'” oraz „najlepszy artysta Europy”) zwycięzca nie pofatygował się osobiście po odbiór nagrody, ponieważ miał w tym czasie inną, lepszą fuchę? Nigdy nie zrozumiem tego, że Lady Gaga, która od 2 lat bezapelacyjnie rządzi światem muzyki, w tym i kanałami muzycznymi, po raz drugi z rzędu nie została ściągnięta na ceremonię rozdania europejskich nagród MTV, podczas gdy nie było cienia wątpliwości, że z pustymi rękoma z gali nie wyjdzie. Już przed rokiem jej nieobecność była według mnie ogromną wpadką organizatorów. Tym razem to już jest katastrofa, zważywszy, że Lady Gaga jako jedyna uhonorowana została aż 3 trofeami – i to w niebagatelnych kategoriach: „najlepsza wokalistka”, „najlepszy artysta popowy” i „najlepsza piosenka” za „Bad romance” (to właśnie w tej – najważniejszej – kategorii laureata oznajmiali światu kiepscy żartownisie z „Jackass”). Cóż z tego, że wokalistka miała w tym czasie koncert w Budapeszcie? Można było zarezerwować ją już wiele miesięcy temu. Podobnie powinno MTV postąpić w przypadku Eminema, który wprawdzie otrzymał tylko 1 nagrodę dla najlepszego hiphopowca (myślę, że wielu wróżyło mu zwycięstwo także w kategorii „najlepsza piosenka”), jednakże w wielu ważnych europejskich muzycznych zestawieniach raper radzi sobie w tym roku nadzwyczaj dobrze. Tym lepiej, że pamiętano chociaż o Katy Perry, dla której też jest to niezwykle udany rok, czy np. o cały czas popularnej Rihannie i dobrze radzących sobie na listach przebojów debiutantach – Ke$hy i B.o.B. Myślę, że zamiast prowadzenia internetowej relacji z gali Justin Bieber, mimo tego, iż do jego fanów się nie zaliczam, również powinien widnieć na liście występujących w Madrycie gwiazd. Można jednak organizatorów pochwalić za to, że nie zabrakło im odwagi, żeby ściągnąć na galę np. takiego Kid Rocka, który do ulubieńców MTV Europe raczej nie należy. Miło byłoby jednak usłyszeć także kilka innych postaci, których klipy aż tak popularne, jak Rihanny czy Eminema, nie są – myślę chociażby o Florence + The Machine czy Hurts. Sądzę jednak, że w takiej roli znalazł się w Hiszpanii Plan B (nie mylić z polskim duetem producenckim, który odpowiedzialny jest za brzmienie ostatniej płyty Agnieszki Chylińskiej).

Wielka szkoda, że nie wszystkie zaproszone gwiazdy udowodniły nam, że na to miano w pełni zasługują. Przed imprezą swój krótki show zaprezentowali 30 Seconds To Mars w niecodziennym featuringu Kanye Westa, tymczasem podczas gali swój popis dali: Shakira w „Waka waka (this time for Africa)”, a we współpracy z Dizzee Rascalem w „Loca”; Kings Of Leon z „Radioactive”, Katy Perry z „Firework”, Rihanna z „Only girl (in the world)”, Kid Rock z „Born free”, Linkin Park z „Waiting for the end”, Miley Cyrus z „Who owns my heart”, B.o.B w featuringu Hayley Williams z „Airplanes”, Plan B z „She said”, a imprezę zamknął niepasujący trochę do dzisiejszego anturażu tego wydarzenia zespół Bon Jovi z miksem 3 piosenek – nowego „What do you got?” oraz 2 przebojów: „You give love a bad name” i „It’s my life”. Żaden z występów nie poruszył mnie na tyle, by warto było rozpisywać się na jego temat. Poziom większości z nich nie porażał, a jak już chciałem się wsłuchać w konkretne wykonanie, a tak było np. podczas show Kings Of Leon, to Viva Polska, która podjęła się w tym roku transmisji gali obok MTV Polska (co wynika z faktu, że oba kanały należą do spółki MTV Networks), miała akurat wtedy problemy z przekazem. Przypuszczam jednak, że niektóre występy zyskałyby, gdybym obserwował je, będąc bezpośrednio na imprezie. Telewizja nie oddaje pełni dźwięku i tych emocji, które towarzyszą osobom stojącym pod sceną. Nie zmienia to jednak faktu, iż swobodne zaśpiewanie „Firework” okazało się dla pojękującej i momentami wręcz krzyczącej Katy Perry nie lada wyzwaniem, a i jej dobra koleżanka Rihanna nie miała łatwo, by stawić czoła swojemu ostatniemu przebojowi „Only girl (in the world)” – zwłaszcza zwrotki, w czasie których podkład nie przysłaniał wokalu Barbadoski, uwypukliły wszystkie niedoskonałości tego performance’u. Publice nie robiło to chyba jednak wielkiej różnicy. Wokalnie nie zachwycała też oblubienica młodych, Miley Cyrus, chociaż wydaje mi się, że w pierwszej połowie występu śpiewanie nie sprawiało jej aż takiej trudności, jak jej poprzedniczkom – potem z jej wokalem było już niestety coraz słabiej. Panna Cyrus nie ma się jednak czego wstydzić, skoro nie wypadła gorzej niż Rihanna i Katy Perry. Z kolei występująca przed rokiem z nijakim „Did it again” Shakira tym razem zaśpiewała piosenki bardziej przebojowe, co miało przełożenie na przyjęcie jej występu przez publiczność. Trudno mi się zachwycać jej „Waka waka”, które jest moim zdaniem kawałkiem nader kiepskim, a i niewiele bardziej przekonywająca jest nowsza propozycja Kolumbijki, „Loca”. Niemniej jej show, wzbogacone kilkoma wersetami rapującego Dizzee Rascala, rozruszało chyba każdego sztywniaka. To nic, że nie zawsze Shakira trafiała w dźwięki – przecież to gala MTV, więc kto by się tam specjalnie wsłuchiwał… Najlepszy z czasie tego performance’u był według mnie towarzyszący jej podczas „Waka waka” chór – słuchało się go całkiem przyjemnie, na pewno przyjmniej niż głównej gwiazdy.

Trochę irytować mógł skrzeczący głos dzikiej Ke$hy, ale oglądając jej występ, przynajmniej miałem poczucie, że dziewczyna potrafi jakoś (nie mylić z „dobrze”) wykonywać swoje kawałki, a to – jak się okazuje – wcale nie jest dziś takie powszechne. Jej krótki pokaz zakończyło ochocze rzucenie się w publiczność (jakież to rockowe, nieprawdaż?). A skoro już o Ke$hy mowa, uważam, że jej „TiK ToK” powinno było otrzymać nominację w kategorii „najlepsza piosenka” kosztem „OMG” Ushera. Nie jest to wprawdzie piosenka, do której pasuje miano „najlepsza”, ale nazwa kategorii jest w tym przypadku myląca, gdyż wiadomym jest, że MTV nie nominuje tu (zresztą nie tylko tu) najlepszych utworów, lecz wielkie przeboje. O nominacji w pierwszej kolejności decyduje zatem popularność, a nie jakość. W moim przekonaniu „TiK ToK” pod względem popularności bije „OMG” na głowę. Wracając jednak do omawiania poszczególnych występów, śmiem twierdzić, że wokalnie wszystkie wymienione panie pokonała subtelnie śpiewająca Hayley Williams z Paramore, towarzysząca debiutującemu B.o.B przy przebojowym „Airplanes”. Coś mi się wydaje, że ten utwór byłby fajniejszy, gdyby wykonywała go sama Williams… Bardziej ucieszyło mnie natomiast, gdy na scenie zobaczyłem pana o pseudonimie Plan B. Wprawdzie jego pojawienie się na gali świadczy o tym, że to Brytyjczycy mają największy wpływ na to, kto otrzymuje zaproszenie, ale miło jest oglądać podczas takich imprez artystów, którzy są nieco mniej eksploatowani w europejskich mediach (nie licząc, jak sądzę, mediów brytyjskich). Niestety Brytyjczyk nie podobał mi się tak, jak w wersji studyjnej. Trochę pośpiewał swoim wysokim głosikiem, trochę porapował – było OK. Wydaje mi się, że na tej imprezie jego „She said” po prostu nie mogło się sprawdzić.

Rockowi artyści zaprezentowali się tego wieczora lepiej niż większość ich popowych kolegów. Linkin Park wykonali trochę bezbarwne „Waiting for the end”, ale poszło im chyba trochę lepiej i – rzekłbym – swobodniej niż podczas ostatniego MTV Video Music Awards, gdzie słyszeliśmy ich w „The catalyst”. Bardziej nudziło mi się przy country-rockowym „Born free” Kid Rocka, chociaż nie można mu zarzucić, że nie podołał wybranej piosence, bo tak bynajmniej nie było. Publiczność zareagowała euforycznie na jego peformance, a on z pewnością ujął ich swoim brudnym głosem. Wszystko, co działo się na scenie, wydawało się dużo naturalniejsze i mniej wyreżyserowane niż w przypadku wszystkich popowych gwiazd. Niezła, jak na zespół tej klasy przystało, była jak zwykle grupa Kings Of Leon wykonująca singiel „Radioactive” pilotujący jej najnowsze wydawnictwo noszące tytuł „Come around sundown”. Nie ma on już tej siły rażenia, co „Sex on fire” i „Use somebody”, choć trzyma poziom i wprowadza pewien niepokój w słuchaczu. Ciekawym pomysłem było z pewnością połączenie sił przez coraz popularniejszy w Europie, a niedawno goszczący w Polsce zespół 30 Seconds To Mars z pyskatym Kanye Westem. Jared Leto z zespołem i pan West w połączonym „Hurricane” tego pierwszego i „The power” tego drugiego zabawiali publiczność przed oficjalnym rozpoczęciem MTV EMA 2010 i szło im nie najgorzej. Udany występ dali również zaprawieni w bojach panowie z Bon Jovi, których uhonorowano przyznawaną po raz pierwszy specjalną nagrodą MTV o nazwie „Global Icon”. Jak na ikonę muzyki przystało, zespół Bon Jovi występował na końcu i, jak już wcześniej wspomniałem, pozwolił sobie na zaprezentowanie 3-piosenkowego miksu swoich nagrań. Publika na dobre rozkręciła się dopiero, gdy amerykańska kapela zaczęła grać swoje 2 wielkie przeboje – „You give love a bad name”, a zwłaszcza „It’s my life”. W internecie można znaleźć także występ zespołu w duecie z Rihanną w piosence „Livin’ on a prayer”, czego już w telewizji nie transmitowano (przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo). Rihanna niestety nie dotrzymywała kroku Jonowi Bon Jovi, choć jakość filmu, który oglądałem, nie była najlepsza, więc i mój odbiór był nieco utrudniony. Nie będę jednak ukrywał, że chętnie zobaczyłbym ten duet podczas głównego show – szkoda, że nie zdecydowano się na takie posunięcie. Byłoby to moim zdaniem najciekawsze wydarzenie całej imprezy.

Warto wspomnieć również o sukcesie zespołu Afromental, który wygrywając wpierw w kategorii „najlepszy polski wykonawca”, zdołał załapać się do zestawu 5 artystów, którzy następnie walczyli o miano najlepszego artysty Europy. Wydawało się, że szanse nie są równe, skoro z jednej strony mamy bardzo popularnego Enrique Iglesiasa, sukcesywnie zyskującą popularność Rumunkę Innę czy zwycięzcę Eurowizji sprzed 2 lat – Rosjanina Dimę Biłana, a z drugiej nieznaną poza granicami Polski kapelę Afromental. Los okazał się jednak przewrotny i nagrodę otrzymał ktoś zupełnie inny. Szczęśliwcem okazał się laureat trzeciej edycji włoskiego „X Factor”, Marco Mengoni. Nie będę ukrywał, że już nagroda dla Afromental w kategorii „najlepszy polski wykonawca” była dla mnie pewnym zaskoczeniem, jako że moim zdaniem zespół przez ostatnie 12 miesięcy nieszczególnie zapracował sobie na takie wyróżnienie. Zdołał wylansować zaledwie jeden przebój średniego kalibru, za który otrzymał mało (jak na razie) prestiżową nagrodę Wow! Music Award 2010 podczas tegorocznego Orange Warsaw Festival. Żaden to sukces w porównaniu z tym, co się działo przez te kilkanaście miesięcy wokół Agnieszki Chylińskiej. Dlatego też wydawało mi się, że to ona zostanie przez internautów wytypowana na polskiego zwycięzcę. Taki jest jednak urok głosowania przez internet, że najbardziej prawdopodobne wyniki nie zawsze są tymi rzeczywistymi.

Za skandaliczne wręcz uważam to, że nie stworzono w tym roku osobnej kategorii dla zespołów. Pokrętna jest filozofia, jaką wyznaje MTV, skoro na nagrodę liczyć mogą wokalistki oraz wokaliści, a zespoły muszą się zadowolić pomniejszymi kategoriami typu „najlepszy artysta rockowy” czy „najlepszy artysta popowy” (notabene, żadna grupa nominacji w gatunku pop w 2010 r. nie dostała). Ponadto po raz kolejny nie zdecydowano się na stworzenie osobnej kategorii dla muzyki tanecznej, która przecież w Europie od lat ma się bardzo dobrze. Nie pojawiła się prócz tego kategoria „najlepszy artysta R&B”, a zatem jeżeli jakaś gwiazda faktycznie w nurcie R&B się mieści, to co najwyżej załapać się może do kategorii popowej, ewentualnie do hip-hopu. W ten oto sposób kilkukrotnie nagradzana w tej kategorii Alicia Keys musiała się w tym roku pogodzić z tym, że nie stworzono dla jej muzyki żadnej właściwej „szufladki”. Bo ani ona popowa, ani nawet hiphopowa, o alternatywie i rocku już nie wspominając. Zresztą, podział artystów na rockowych i alternatywnych podczas MTV EMA od zawsze wydawał mi się kontrowersyjny. Najlepiej posłużyć się tu przykładem zespołu Muse – przez lata uznawanego przez europejskie MTV za alternatywę (a nawet dwukrotnie w tej kategorii nagradzanego), a tym razem niespodziewanie sklasyfikowanego jako wykonawca rockowy. Ciekawość mnie zżera na myśl, jakimi kryteriami się tu posłużono… Niekonsekwencja organizatorów jest tym bardziej denerwująca, że np. przed rokiem na własne kategorie gatunkowe zasłużyły sobie tylko muzyka rockowa, alternatywna i tzw. urban (wtedy hip-hop i R&B zostały wrzucone do jednego worka). Zawsze irytowało mnie takie ciągłe zmienianie kategorii, zwłaszcza jeżeli jest ono nieuzasadnione, bo – dla przykładu – choć w 2010 r. R&B nie cieszyło się taką popularnością, jak np. 5 lat temu, to bynajmniej nie oznacza to jeszcze, że ten nurt całkowicie umarł i nie jest możliwe wytypowanie piątki artystów, która z sukcesem przez ostatnie 12 miesięcy ten gatunek reprezentowała. Co więcej, kompletnym absurdem było jednorazowe połączenie przed 3 laty kategorii „najlepsza wokalistka” i „najlepszy wokalista” w damsko-męską kategorię o nazwie „najlepszy artysta”. Na koniec dodam, że za ogromne nieporozumienie uważam pominięcie w kategorii „najlepszy teledysk” pomysłowego i świetnie zrealizowanego klipu „Bad romance” Lady Gagi (uznanego wszak za najlepszy podczas MTV Video Music Awards 2010), zwłaszcza w kontekście uwzględnienia na liście nominowanych mniej przełomowego i bardziej kiczowatego „Telephone” tej samej artystki (a i nominowane mało oryginalne „Love the way you lie” niczym sobie na taki zaszczyt nie zasłużyło).

Jak widać, więcej było podczas ostatniej gali MTVzawodów niż zachwytów. Sytuacji nie poprawiała nawetpiękna, aczkolwiek mało przekonująca w roli konferansjera Eva Longoria. Może jednak ktoś wyszedł z założenia, że jak ma być nijako, to niech chociaż będzie na kim oko zawiesić… Dość może jednak tych frustracji. Mógłbym żalić się tu godzinami, a jedyne, co mi pozostaje, to chyba pogodzić się z kierunkiem, w jakim podąża MTV Europe Music Awards. Niemniej nawet jeżeli po świetności tej imprezy pozostanie tylko wspomnienie, pewnie i tak prędko nie zdecyduję się na drastyczny krok, by zacząć ją bojkotować, ponieważ – podobnie jak w przypadku festiwalu w Opolu – choćby z sentymentu i czystej ciekawości wygospodaruję trochę czasu, żeby dowiedzieć się, jakie „atrakcje” w kolejnych latach przygotuje dla nas szanowne MTV. Taka już moja natura.

Oto lista nominacji ze wskazaniem zwycięzców:

Najlepsza piosenka
* „Bad romance” Lady Gaga
* „California gurls” Katy Perry feat. Snoop Dogg
* „Love the way you lie” Eminem feat. Rihanna
* „OMG” Usher feat. will.i.am
* „Rude boy” Rihanna

Najlepsza wokalistka
* Lady Gaga
* Katy Perry
* Miley Cyrus
* Rihanna
* Shakira

Najlepszy wokalista
* Justin Bieber
* Eminem
* Enrique Iglesias
* Kanye West
* Usher

Najlepszy debiutant
* Ke$ha
* B.o.B
* Justin Bieber (to ciekawe, że „najlepszy wokalista” przegrał z wokalistką, która nawet nie była nominowana w kategorii „najlepsza wokalistka”)
* Jason Derülo
* Plan B

Najlepszy teledysk
* „California gurls” Katy Perry feat. Snoop Dogg
* „Kings and queens” 30 Seconds To Mars
* „Love the way you lie” Eminem feat. Rihanna
* „OMG” Usher feat. will.i.am
* „Telephone” Lady Gaga feat. Beyoncé

Najlepszy artysta popowy
* Lady Gaga
* Katy Perry
* Miley Cyrus
* Rihanna
* Usher

Najlepszy artysta rockowy
* 30 Seconds To Mars
* Kings Of Leon
* Linkin Park
* Muse
* Ozzy Osbourne

Najlepszy artysta alternatywny
* Paramore
* Arcade Fire
* Gorillaz
* Gossip
* Vampire Weekend

Najlepszy artysta hiphopowy
* Eminem
* Kanye West
* Lil Wayne
* Snoop Dogg
* T.I.

Najlepszy artysta koncertowy
* Linkin Park
* Bon Jovi
* Kings Of Leon
* Lady Gaga
* Muse

Najlepszy wykonawca serii „MTV World Stage”
* Tokio Hotel
* 30 Seconds To Mars
* Gorillaz
* Green Day
* Katy Perry
* Muse

Najlepszy wykonawca serii „MTV Push”
* Justin Bieber
* Alexandra Burke
* B.o.B
* Jason Derülo
* Hurts
* Ke$ha
* Mike Posner
* Professor Green
* Selena Gomez & The Scene
* The Drums

Najlepszy artysta Europy
* Marco Mengoni – Włochy
* Afromental – Polska
* Dima Biłan – Rosja
* Enrique Iglesias – Hiszpania
* Inna – Rumunia

Nagrody specjalne:
* „Global Icon” (za całokszałt twórczości) – Bon Jovi
* „Free Your Mind” (za działalność charytatywną) – Shakira

Kategorie regionalne – najlepszy wykonawcy danego regionu:
– Polska: Afromental (pozostali nominowani: Agnieszka Chylińska, Hey, Mrozu, Tede)
– Wielka Brytania i Irlandia: Marina & The Diamonds (pozostali nominowani: Delphic, Ellie Goulding, Rox, Tinie Tempah)
– Czechy i Słowacja: Charlie Straight (jedną z nominowanych była Ewa Farna)
– Dania: Rasmus Seebach
– Finlandia: Stam1na
– Francja: Pony Pony Run Run
– Grecja: Sakis Rouvas
– Hiszpania: Enrique Iglesias
– Holandia i Belgia: Caro Emerald
– Izrael: Ivri Lider
– Niemcy: Sido
– Norwegia: Karpe Diem
– Portugalia: Nu Soul Family
– Rosja: Dima Biłan
– Rumunia: Inna
– Szwajcaria: Greis
– Szwecja: Swedish House Mafia
– Ukraina: Max Barskih
– Węgry: The Kolin
– Włochy: Marco Mengoni
– kraje adriatyckie (Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Serbia, Słowenia): Gramophonedzie
– kraje arabskie: Mohamed Hamaki

fot. wspólny występ Bon Jovi i Rihanny podczas MTV EMA 2010 („Livin’ on a prayer”) (zimbio.com)