Kim jest… Samantha Mumba?

Zachęcony ciepłym przyjęciem mojego artykułu na temat zapomnianej brytyjskiej wokalistki o nazwisku Shola Ama (przeczytaj) postanowiłem napisać kilka słów o kolejnej młodej gwiazdce, która miała przed laty swoje 5 minut sławy. Z pewnością wpisów tego typu ukaże się na blogu więcej. Zresztą jeżeli poszperacie w blogowym archiwum, znajdziecie inne artykuły traktujące o artystach, którzy od lat nie są już na topie – z różnych przyczyn (np. skompromitowany zespół Milli Vanilli). Wokalistka, której poświęcam dzisiejszy wpis, nie jest ani szczególnie utalentowana, ani nie ma w swoim dorobku jakichś ponadczasowych kompozycji. Niemniej jako że ostatnio sobie o niej przypomniałem, uznałem, że wygospodaruję dla niej trochę swojego czasu i blogowego miejsca. Zapraszam.

Był rok 2000. Kanały muzyczne na świecie zaczęły emitować klip do „Gotta tell you” – utworu wykonywanego przez nieznaną jeszcze 17-letnią Irlandkę o dosyć oryginalnym nazwisku: Samantha Mumba. Niski głos wokalistki ciekawie współgrał z przebojowym podkładem nagrania. Piosenka szybko podbiła listy przebojów po obu stronach Atlantyku (co przecież Irlandczykom nie zdarza się często). Szczyt zestawienia w ojczyźnie Mumby, 2. miejsce w Wielkiej Brytanii, 3. w Australii czy 4. w USA pozwalały wierzyć, że rodzi się nam nowa gwiazda. Wprawdzie album śpiewającej mieszankę pop i R&B nastoletniej wokalistki, zatytułowany tak samo, jak pilotujący go singiel, imponujących (jak na tamte czasy) nakładów nie osiągał, ale zdołał trochę namieszać na kilku ważnych listach bestsellerów płytowych. Moje uszy cieszyły zwłaszcza 2 całkiem miło brzmiące kawałki: rytmiczne „Body II body” oraz „Lately” – cover przeboju z lat 90. XX w. z dorobku kobiecej grupy R&B o nazwie Divine.

fot. okładka albumu: Samantha Mumba „Gotta tell you” (spotify.com)

Z długogrającego wydawnictwa „Gotta tell you”, które w domowej kolekcji posiadam w wersji kasetowej, wydano w sumie kilka dobrze przyjętych singli. Wspomniane „Body II body” (wykorzystujące sample z przeboju Davida Bowie pt. „Ashes to ashes”) oraz „Always come back to your love” dobrze poradziły sobie w zestawieniu brytyjskim i irlandzkim. Podobnie było z kolejnymi singlami, czyli „Baby, come on over (this is our night)” (zawierającym sample z przeboju Kool And The Gang pt. „Ladies’ night”), który zaistniał – chociaż niezbyt spektakularnie – także w USA, oraz ze wspomnianym „Lately”. Do dziś pamiętam, jak polscy prezenterzy, nie mając pewności co do tego, jak czytać oryginalne nazwisko piosenkarki, prześcigali się w pomysłach na jego wymowę (ktoś sugerował nawet, żeby problematyczne „u” po prostu ominąć i czytać „mmba”).

Gdy zakończono promocję płyty „Gotta tell you”, Mumba w 2002 r. wydała nowy singiel pt. „I’m right here” – pomimo tego, że namawiana była do tego, by zaśpiewać utwór „Sound of the underground”. Jako że wybór wokalistki padł jednak na pierwszy z tych tytułów, drugi z nich trafił w ręce debiutującej w tym czasie grupy Girls Aloud, stając się przepustką zespołu do wielkiej kariery na brytyjskiej scenie muzycznej. Problem polega na tym, że właśnie na przeboju „I’m right here” muzyczna kariera Mumby właściwie się zakończyła. Wokalistka została wyrzucona z wytwórni, dla której w tamtym czasie nagrywała, prawdopodobnie w związku z klęską jej nowego nagrania w USA, a także z szybką utratą przez niego popularności w Wielkiej Brytanii (chociaż singiel zdołał dotrzeć do całkiem wysokiej 5. pozycji na tamtejszej liście sprzedaży).

W ciągu minionej dekady Mumba pojawiała się wprawdzie na dużym ekranie (najbardziej znana jest z roli w filmie „Wehikuł czasu”, który zagościł w kinach jeszcze za czasów płyty „Gotta tell you”), występowała w roli modelki, a także można było ją czasem zobaczyć w TV, jednakże kolejny studyjny krążek nigdy nie ujrzał światła dziennego. Gdyby nie doszło do zerwania kontraktu z wytwórnią płytową w 2002 r., nowy longplay prawdopodobnie zostałby jednak wydany (piosenkarka zapewniała, że materiał był już gotowy), a tak (najwyraźniej) Samantha cały czas nie mogła znaleźć chętnych na promowanie swojej muzyki. W internecie można było w ostatnich latach usłyszeć jakieś nowe nagrania sygnowane jej nazwiskiem, jednakże nawet jeżeli miały one zwiastować od dawna obiecywany album, płyty jak nie było, tak nie ma. Niemniej chodzą słuchy, jakoby Mumba miała w końcu nagrać coś nowego. Co z tego, skoro osób, które czekałyby na jakieś jej nowe dzieło, praktycznie już nie ma. Sam mogę jednak przyznać, że ze względu na sentyment do jej pierwszego longplaya chętnie poświęciłbym odrobinę uwagi jej kolejnemu wydawnictwu (z czystej ciekawości)…

Historia Samanthy Mumby dowodzi, że wokalistki, które nie mają charyzmy, wyjątkowego głosu lub przynajmniej odpowiedniego personalnego tudzież finansowego wsparcia, bez pomocy dobrze prosperującej wytwórni płytowej są niemal z góry skazane na porażkę. A z wytwórniami jest niestety tak, że jeżeli nie wierzą w ciebie wystarczająco mocno, to jeżeli tylko powinie ci się noga, nie bawią się w dawanie ci drugiej szansy, lecz najzwyczajniej pozbywają się problemu. Wiedzą bowiem, że lista potencjalnych gwiazdek, które czekają w kolejce na zrobienie chociażby krótkiej kariery, jest nieskończenie długa, nie ma więc – przynajmniej w opinii labelowych decydentów – sensu inwestować w coś, co nie będzie się sprzedawać zgodnie z ich założeniami. Z jednej strony to przykre, że traktuje się muzyków wyłącznie jak maszynki do zarabiania pieniędzy, a nie jak – mimo wszystko – pewną wartość samą w sobie. Z drugiej jednak strony trudno się wytwórniom dziwić – jeżeli chce się prowadzić biznes na wielką skalę, nie ma w nim miejsca na sentymenty.

Zainteresowanych odsyłam do wybranych utworów Samanthy Mumby (może jednak ktoś ją jeszcze pamięta):
„Gotta tell you”
„Body II body”
„Lately”
„Always come back to your love”
„Baby come on over (this is our night)”

fot. okładka reedycji albumu: Samantha Mumba „Gotta tell you” (spotify.com)

nagłówek – fot. okładka singla: Samantha Mumba „Body II body” (eil.com)