Garść aktualności 2/2010: Wiktor dla Nataszy Urbańskiej, 100 największych wokalistów wg „Rolling Stone”, mundialowe hity

Wiktor dla Nataszy Urbańskiej

21 maja 2010 r. wręczono nagrody Akademii Telewizyjnej – Wiktory, przyznawane od 1985 r. Statuetkę w kategorii „gwiazda piosenki i estrady” otrzymała Natasza Urbańska, wygrywając z Edytą Górniak, Krzysztofem Krawczykiem (nominowanym nie wiadomo za co), Andrzejem Piasecznym i Robertem Janowskim.

Przyznam, że sukces Nataszy niezwykle mnie ucieszył. To jedna z tym artystek, na których muzyczny rozwój cały czas mocno liczę. Szczerze powiedziawszy, gdy po raz pierwszy usłyszałem ją w programie „Jak oni śpiewają” w pierwszej połowie 2007 r., odniosłem wrażenie, że jest to osoba zbyt pewna siebie, przez co wydała mi się trochę irytująca i mało sympatyczna – pomimo tego, że na sympatyczną się kreowała. Z czasem jednak, gdy zacząłem bardziej przyglądać się jej licznym talentom i jej zachowaniu, zweryfikowałem swoją ocenę. Uwierzyłem w nią, stając się tym samym jej zwolennikiem, a to, co wcześniej postrzegałem jako przesadną pewność siebie, zacząłem określać jako wiarę w swój dar estradowy – a tego akurat Nataszy nie można odmówić. Nie dość, że jest nadzwyczaj piękną kobietą (jeżeli ktokolwiek uważa inaczej, to nie może liczyć na moje zrozumienie), to ponadto posiada takie atrybuty, o których większość polskich artystów może tylko pomarzyć. Potrafi świetnie tańczyć – raz jest dynamiczna niczym petarda, innym razem – porusza się delikatnie i z wdziękiem. Prócz tego potrafi robić na scenie wielkie show, w czasie którego przyciąga uwagę odbiorcy, kokietując go lub wzruszając. A na dodatek – jakby tego było mało – całkiem ładnie śpiewa. Owszem, nie posiada głosu o niepowtarzalnej barwie i imponującej skali, jednak talentu wokalnego również jej nie brakuje. Warto jeszcze zwrócić uwagę na jej aktorskie doświadczenie – wprawdzie głównie teatralne (a dokładniej, musicalowe), ale jest to przecież jej kolejny atut. Odważę się postawić nawet pewną tezę – a mianowicie, gdyby Natasza Urbańska urodziła się w innym kraju, najlepiej w USA, zapewne byłaby już gwiazdą wielkiego formatu (podobnie napisałem niedawno o Edycie Górniak, która jest jednak nieporównywalnie lepszą wokalistką). Niestety w Polsce ludzie uzdolnieni, którzy marzą o karierze na estradzie, mają długą i wyboistą drogę do pokonania, by spełnić swojego marzenie. Natasza przekroczyła już 30. rok życia (i to już prawie 3 lata temu), dlatego też jej szanse na zrobienie kariery z prawdziwego zdarzenia powoli zaczynają maleć. Przeszkodą na jej drodze jest m.im. niczym nieuzasadniona nagonka plotkarskich portali internetowych, które wielokrotnie zarzucały jej, że… jest utalentowana [sic!]! A z tego, że – startując w preselekcjach eurowizyjnych – odważyła się zaapelować do widzów, żeby głosowali tak, by Polskę reprezentował Polak, a nie – w domyśle – niejaka Isis Gee, bynajmniej nie należało wyciągać tak daleko idących wniosków, jakie wysnuwali niektórzy poszukiwacze taniej sensacji.

Mam nadzieję, że w końcu nadejdzie taki dzień, kiedy do moich rąk trafi debiutancki solowy krążek Nataszy Urbańskiej, składający się z nagrań napisanych i wyprodukowanych specjalnie dla niej. Liczę na to, że udział Nataszy w projekcie „Poland… why not?”, w ramach którego artystka podjęła współpracę m.in. ze znanym amerykańskim producentem, Jimem Beanzem (współodpowiedzialnym za takie hity, jak m.in. „Maneater” i „Say it right” Nelly Furtado, „Catch me if you can” Matta Pokory, „Womanizer” i „Gimme more” Britney Spears czy „Part of me” Chrisa Cornella), to zapowiedź, że kariera muzyczna Nataszy nareszcie ruszyła z miejsca. Niech tylko niektóre polskie media przestaną czynić jej zarzut z tego tytułu, że chce się przebić i zostaną gwiazdą. To wszakże nie jest nic złego, a ponadto kto jak kto, ale ona akurat ma powody, aby oczekiwać osiągnięcia upragnionego sukcesu.

Dodam jeszcze, że pierwszego Wiktora w tej kategorii, w której zwyciężyła w tym roku Natasza, otrzymała w 1985 r. Eleni. Na liście artystów nagrodzonych na przestrzeni ostatnich 25 lat tą statuetkę widnieją m.in. Edyta Geppert (2-krotne zwycięstwo), Irena Santor, Kazik Staszewski, Edyta Górniak, Justyna Steczkowska (2-krotnie), Anna Maria Jopek (2-krotnie) i Piotr Rubik.

 

100 największych wokalistów wszech czasów według „Rolling Stone”

Amerykański magazyn „Rolling Stone” sporządził listę 100 największych wokalistów wszech czasów. Jak zwykle współczesnych artystów zepchnięto na margines, zostawiając im ledwie garstkę miejsc w całym zestawieniu. Tak oto prezentuje się czołowa dwudziestka rankingu:

20. Smokey Robinson
19. Bob Marley
18. Freddie Mercury
17. Tina Turner
16. Mick Jagger
15. Robert Plant
14. Al Green
13. Roy Orbison
12. Little Richard
11. Paul McCartney
10. James Brown
9. Stevie Wonder
8. Otis Redding
7. Bob Dylan
6. Marvin Gaye
5. John Lennon
4. Sam Cooke
3. Elvis Presley
2. Ray Charles
1. Aretha Franklin

Na kolejnych miejscach uplasowali się m.in. Michael Jackson (25.), Bono (32.), Whitney Houston (34.), Christina Aguilera (58.), Mariah Carey (79.) i Mary J. Blige (100.). Szczególnie uderzająca jest niska lokata Mariah Carey. Wokalistka o 5-oktawowym głosie, z tyloma znaczącymi utworami i wieloma sukcesami na koncie powinna być co najmniej o 60 lokat wyżej. Osoby mające największy wpływ na kształt wielu rankingów publikowanych ma łamach „Rolling Stone” wydają się być zwolennikami teorii, że muzyka rozrywkowa osiągnęła szczyt swoich możliwości w latach 60. XX w., a potem bywało już różnie – żeby nie powiedzieć: coraz gorzej. Taki właśnie wniosek wyciągnąć można, patrząc na kolejne zestawienie, którego sporządzenia podjął się „Rolling Stone”. Mowa o liście 500 najważniejszych albumów w historii muzyki. Czołówkę tworzą oczywiście krążki z lat 60., a prym w tej kategorii wiodą (a jakżeby inaczej) panowie z The Beatles. Zdaję sobie sprawę z tego, że lata 60. to okres przełomowy i szczególnie istotny dla rozwoju muzyki, a zespół The Beatles to swoista ikona tamtych czasów, wzór dla wielu współczesnych artystów. Mam jednak wrażenie, że im więcej lat upływa od zakończenia tamtej dekady, tym większą ideologię dopisuje się do muzyki owego okresu, jednocześnie spychając na margines to, co działo się w ostatnim – powiedzmy – dwudziestoleciu. Może nadejdzie taki moment, że mnie również ogarnie zachwyt tymi dawno minionymi czasami i zacznę doceniać to, czego jeszcze obecnie nie rozumiem i nie czuję. Tyle że jak na razie jest mi do tego bardzo daleko… Dodam jeszcze, że w rankingu 100 najlepszych gitarzystów wszech czasów zwyciężył Jimi Hendrix, a więc niespodzianki nie było.

 

Mundialowe hity

Mistrzostwa świata w piłce nożnej na pierwszy rzut oka z muzyką mają niewiele wspólnego, jednakże od lat muzyczna branża stara się trochę na popularności tej imprezy skorzystać, wypuszczając specjalnie na tę okazję piosenki, nazywane przez nich na wyrost hymnami mistrzostw. W tym roku utworów, które towarzyszą mundialowi, jest kilka. Jednym z nich jest „pieśń” o jakże wyszukanym tytule „Waka waka (this time for Africa)”, której wykonania podjęła się Shakira (wspomaga ją w tym projekt o nazwie Freshlyground). Piosenka ma wiele wspólnego z wydaną przed 2 laty, tyle że w związku z europejskim odpowiednim wspominanej sportowej imprezy, skoczną kompozycją „Feel the rush” Shaggy’ego (obok niego w rubryce „wykonawca” zwykło się wpisywać imiona 2 maskotek mistrzostw – Trixa i Flixa). Poza podobnym brzmieniem oba utwory łączy jeszcze jedna ważna cecha – tj. wątpliwa jakość. Pisząc to, pewnie przysporzę sobie wielu wrogów, ale nie mogę przemilczeć tego, że moim zdaniem obie kompozycje brzmią po prostu prymitywnie. Jak jeszcze jestem w stanie zrozumieć chwytającego się każdej możliwości, by tylko uratować swoją podupadającą karierę, Shaggy’ego, tak decyzji Shakiry o nagraniu czegoś tak słabego (nawet mimo popychającej ją do tego nie najlepszej sprzedaży jej ostatniego krążka) nie pojmuje ani trochę. Wprawdzie wokalistka w takich nieco folkowych klimatach wydaje się czuć znakomicie, ale artystce, która całkiem niedawno śpiewała w duecie z Beyoncé, a przed rokiem zachęcała do tańca elektronicznymi dźwiękami a’la Lady Gaga, taka muzyka nie przystoi! Jak dla mnie jej poprzedni singiel pt. „Gypsy” można było potraktować jako pewną zapowiedź tego obecnego. Potwierdza to tylko moje obawy, że Shakira nie ma na siebie pomysłu. Sama nie wie, do jakiej publiki chce dotrzeć. Dlatego też raz słyszymy ją w typowo latynoskich brzmieniach, potem z kolei decyduje się na mały flirt z R&B, by następnie pójść w elektronikę, a koniec końców pląsać w rytm niemalże ludowej przyśpiewki. Zresztą, nie wiem czy ktoś jeszcze zwrócił uwagę, że ona w większości klipów – i to bez względu na to, jaką muzykę wykonuje – prezentuje się prawie tak samo? Rozpuszczone niedbale włosy, gołe stopy, mało wyszukane stroje – to kilka widocznych cech (często pojawia się też taniec brzucha, a czasami motyw błota). Wystarczy porównać teledysk sprzed lat do „Whenever, wherever” i niedawny do „Gypsy”. Wygląda w nich bardzo podobnie. Nie wiem czy koniecznie należy to postrzegać jako minus, niemniej ja czuję się tym nieco znużony. Jednak nie tylko o samej Shakirze chciałem w tym miejscu napisać…

Piłkarskich hitów tego pokroju, co „Waka waka”, jest niestety więcej. Mnie nie przekonuje nawet chwalone przez wielu „Força” Nelly Furtado. W mojej opinii jest to jeden z najsłabszych singlowych utworów Kanadyjki – chociaż przystający do folklorystycznej stylistyki, którą promowała na swoim drugim solowym krążku. W 2002 r. przebojem mundialu miał być utwór Anastacii pt. „Boom” (taki tytuł piosenki, jaka impreza…). Piosenka jest nieco bardziej udana niż te powyżej wymienione (chociaż do rewelacji również jej daleko) – pewnie właśnie dlatego nie zrobiła furory. Największym szokiem dla fanów piłki nożnej był zapewne hymn mistrzostw z 2006 r., który w duecie wykonali: zespół łączący operę z muzyką pop, Il Divo, oraz diwa muzyki soul i R&B, Toni Braxton. Nastrojowa kompozycja nie spotkała się ze zrozumieniem tłumów, dlatego też – jak się domyślam – w tym roku zdecydowano się wrócić do sprawdzonego patentu, a więc do piosenki z przytupem, najbanalniejszej, jaką udało się napisać. Tegoroczną konkurencję dla kiepskiego „Waka waka” stanowi inny mundialowy szlagier (hymn z ramienia Coca-Coli) – „Wavin’ flag” niejakiego K’naana. Jednokrotne usłyszenie tego numeru to dla mnie o jeden raz za dużo… W tym momencie przypomina mi się również utwór „Can you hear me” Enrique Iglesiasa, który obok „Feel the rush” Shaggy’ego towarzyszył europejskiej edycji mistrzostw w 2008 r. Oczywiście irytował mnie bardziej niż jakikolwiek inny singiel Latynosa..

Mam wrażenie, że najlepiej mundialowy klimat oddawała stara już, ale może jeszcze nie całkiem zapomniana furtka do międzynarodowej kariery Ricky’ego Martina, tj. piosenka „La copa de la vida (the cup of life)” z 1998 r. Piosenka, podobnie jak jej niektórzy następcy, również mało wyszukana, ale nie na tyle prymitywna, żeby nóż się w kieszeni otwierał, że komuś to się w ogóle podoba. Wybór tej (średniej jakości) piosenki na imprezę tego rodzaju był strzałem w dziesiątkę, bo popadanie w skrajności (z jednej strony głupiutkie „Waka waka”, z drugiej zbyt ambitne „Time of our lives” Il Divo i Toni Braxton) nie jest chyba zbyt dobrym posunięciem. Podsumowując więc, sobie i Wam życzę jak najmniej piłkarskich hitów.

A pamięta ktoś jeszcze „Do boju Polsko” Marka Torzewskiego…? 🙂

nagłówek – fot. Natasza Urbańska (plotek.pl)