MUZYKO(B)LOGowe podsumowanie wakacji 2011 roku

Wakacje 2011 przeszły już do historii. Ulokowały się w naszym mózgu w przegrodzie z napisem „wspomnienia”. Dla mnie będą to wspomnienia bardzo miłe (mam nadzieję, że dla Was również). I to nie tylko dlatego, że w tym czasie udało mi się zwiedzić kilka pięknych miejsc i spędzić wolny czas z bliskimi mi osobami, ale również dlatego, że w tym okresie wiele dobrego działo się w jednej z głównych płaszczyzn mojego żywota – muzyce, a jakże! Może zatem warto pokusić się o jakieś muzyczne podsumowanie WAKACJI Anno Domini MMXI? No to zaczynamy!
 

ALBUMOWA EKSTRAKLASA

Wydawać by się mogło, że letnia aura sprzyja temu, by w odtwarzaczu królowały lekko taneczne brzmienia, najlepiej podszyte elementami latino (w tą definicję wpisuje się choćby ostatni album Shakiry). Mnie jednak bliższe tym razem były dźwięki dużo bardziej rozleniwione, rozmarzone, rozmyte. W tej kategorii gatunkowej prym wiódł bezwzględnie Jamie Woon z fantastycznym „Mirrorwriting” (album zrecenzowałem tutaj). Na nim jednak się nie skończyło (nie należę bowiem do osób, które chwycą się jednego tytułu i „tłuką” go każdego dnia przez kolejne 6 miesięcy). Dużo czasu poświęciłem prócz tego na słuchanie debiutanckiego wydawnictwa „Realism” fińskiego duetu Shine 2009. O tym projekcie wspominałem na blogu (tu) przy okazji wyśmienitego singla „So free” nagranego w duecie z Paulą Abdul (tak, ona jeszcze żyje!), który doskonale oddaje estetykę tego krążka. Zainteresował mnie ponadto Amerykanin skrywający się pod pseudonimem Washed Out, o którym przed kilkoma dniami pisałem w rubryce „Co nowego w muzyce” (tu), i jego chillwave’owe dzieło „Within and without”.

Żeby jednak była jasność – tego lata przesłuchałem wielu albumów reprezentujących niemal całą paletę brzmień. To jednak te powyższe będą przychodzić mi na myśl w pierwszej kolejności, gdy ktoś rzuci hasło „wakacje 2011”. W tym kontekście na wyróżnienie zasługuje jeszcze jedna artystka – Sophie Ellis-Bextor i jej „Make a scene”, album znacznie bardziej żywiołowy niż krążki wymienionej trójki. Wydawnictwo promował singiel „Starlight”, o którym będzie tu jeszcze mowa…

fot. okładka albumu: Shine 2009 „Realism” (thelineofbestfit.com)
 

SINGLOWA ELITA

Jakimi kryteriami najlepiej się posłużyć, mając ambicję stworzenia przeboju wakacji (względnie lata)? To już wiecie – o ile czytaliście mój tekst poświęcony temu zagadnieniu (jeśli nie, szukajcie go gdzieś tutaj). Zakładam, że każdy z Was ma własnego kandydata do miana przeboju wakacji. Mam i ja! Wprawdzie nie wszystkie wskazane przeze mnie poniżej tytuły powalczą za kilka miesięcy o tytuł MUZYKO(B)LOGowego przeboju roku 2011, ale muzyka wakacyjna rządzi się swoimi prawami i w tym okresie możemy nieco spuścić z tonu, zachwalając również kawałki kategorii B.

Które singlowe (!) kawałki najczęściej towarzyszyły mi podczas wakacyjnych wycieczek rowerowych (a tych było od groma), zagranicznych wojaży, w czasie gimnastyki, odpoczynku, jazdy samochodem i wszelkich innych aktywności? Oto odpowiedź (wymieniam alfabetycznie artystami):

Adele „Set fire to the rain” (zdecydowanie najbardziej chwytający za serce utwór spośród tych granych przez najpopularniejsze polskie rozgłośnie radiowe w lipcu i sierpniu br.)

Breathe Carolina „Blackout” (pamiętacie „Shake it” grupy Metro Station?; oto jego second edition)

Britney Spears „I wanna go” („Till the world ends” meets „Love generation” i tym sposobem otrzymujemy najbardziej uzależniający i skoczny kawałek Brygidy Dzidy od miesięcy)

James Blunt „Dangerous” (o tej piosence pisałem tutaj)

Jamie Woon „Shoulda” (ten koleś wytwarza cudownie melancholijną aurę tak w tym, jak i w kilku innych swoich kompozycjach)

Jason Derülo „Don’t wanna go home” (gorsza wersja Chrisa Browna i Craiga Davida potrafiła w końcu nagrać wpadający w moje ucho numer; w dużej mierze jest to jednak zasługa podkładu zapożyczonego z niemal kultowego już „Show me love” Robin S)

Kamp! „Cairo” (o tej piosence pisałem tutaj)

Katy B „Easy please me” (z każdym kolejnym singlem przekonuję się do Katy coraz bardziej; jak dotąd to jest jej najlepszy singlowy kawałek)

Kayah „Za późno” (Kayah w końcu przypomniała sobie i nam o czasach, gdy nagrywała przeboje; to najlepsza piosenka tych wakacji spośród polskich szlagierów granych namiętnie przez RMF FM)

Kid Cudi „Marijuana” (o tej piosence pisałem tutaj)

M83 „Midnight city” (electro + saksofon = cud, miód, malina)

Maroon 5 feat. Christina Aguilera „Moves like Jagger” (i to właśnie ten numer będzie najmocniej przypominał mi o wakacjach roku 2011; cholernie chwytliwy, zabija przebojowością już przy pierwszym przesłuchaniu)

Melanie C „Think about it” (o tej piosence pisałem tutaj)

Metronomy „The look” (wiele czasu potrzeba, by wczuć się w styl Metronomy; mnie ta misja powiodła się tylko przy „The look”; uwielbiam zwłaszcza motyw zamykający ten kawałek)

Monarchy „I won’t let go” (i jak tu nie lubić electro…)

Natalia Lesz „That girl” (nadal nie rozumiem, dlaczego promocji piosenki w Zetce nie wsparto emisją klipu w telewizjach muzycznych; co nam po teledysku do wakacyjnej piosenki hulającym po 4fun.tv w październiku?; a sama piosenka bardzo sympatyczna)

Novika „Miss Mood (Hot Toddy remix)” (dawniej nie mogłem „skumać” tej kobiety – wydawała mi się dziwna i mało porywająca; teraz wiem, że to nasz krajowy skarb – elektronika na wysokim poziomie) 

Patrick Wolf „The city” (singiel ukazał się wprawdzie na długo przed wakacjami, u mnie jednak zaistniał przede wszystkim w okresie wakacyjnym, dlatego pojawił się w tym zestawieniu; nagrany z rozmachem numer z saksofonowym solo – to jest to!)

Shine 2009 „Graduation” (leniwe, jakby morskie brzmienie; opalanie od razu staje się mniej nudne)

Sophie Ellis-Bextor „Starlight” (o tej piosence pisałem tutaj)

The Cars „Sad song(The Cars nie skończyli się na „Drive”!, posłuchajcie tego singla z 5 razy, a być może polubicie go tak samo jak ja)

The Strokes „Machu Picchu” (uwielbiam wstęp; potem są wzloty i upadki, ale całościowo „Machu Picchu” prezentuje się nadzwyczaj solidnie)

The Wanted „Glad you came” (wiem, że to boysband dla poszukujących swojej muzycznej tożsamości nastolatek, ale jeden z chłopaków – tylko, broń Boże, nie pytajcie mnie o imię – tak uroczo tu sepleni, że aż żal go nie posłuchać; bit też nie jest taki najgorszy)

Will Young „Jealousy” (pierwszy zwycięzca brytyjskiego „Idola” powraca w wielkim stylu; tylko nie mówcie, że się tego spodziewaliście!; współpraca z zapomnianym już trochę Richardem X zaowocowała płytą utrzymaną w delikatnie muskającym zmysły elektronicznym klimacie, w którym Will najwidoczniej dobrze się czuje)

Yuksek „On a train” (nie od dziś wiadomo, że Francuzi z electro są za pan brat)

Są jeszcze 2 kawałki, które również będą przypominać mi o tegorocznych wakacjach, tyle że ograły mi się już na samym ich początku (bo zacząłem ich słuchać znacznie wcześniej). Mowa o:

Ricky Martin „Mas” (o tej piosence pisałem tutaj)

Rihanna „Man down(RiRi mogłaby częściej przypominać sobie o swoich karaibskich korzeniach – wszak królowych dyskotek mamy aż nadto)

fot. okładka singla: Will Young „Jealousy” (digitalspy.co.uk)
 

WAKACYJNE „WYGRZEBAŃCE”

W treści wpisu podsumowującego wakacje 2011 r. na chociaż odrobinę miejsca zasługują nagrania, które nie są wprawdzie tegorocznymi singlowymi nowościami (ponieważ wydano je na singlu znacznie wcześniej albo nie zostały nawet nigdy podniesione do tej rangi), lecz w lipcu i sierpniu pojawiały się w moim playerze z podobną częstotliwością, co singlowe premiery. Wszystkie z nich odkryłem dopiero w tym roku, nad czym niezmiernie ubolewam. Lepiej jednak, że stało się to teraz niż np. za rok. Oto szczęśliwa siódemka (w całości elektroniczna):

Bag Raiders „Way back home” (mój obecny faworyt w tym gronie)
Cut Copy „Hearts on fire” (Kordian, dzięki za polecenie!)
Florrie „Left too late” (więcej o Florrie napisałem tutaj)
Ladyhawke „My delirium” (jeśli nie spodobało się Wam „Paris is burning”, nie zrażajcie się i posłuchajcie tego)
Miami Horror „Sometimes”
Novika feat. Kasia Kurzawska & Iza Kowalewska „Daily routines” (klimatycznie)
Novika „Loverfinder(na rozweselenie)

fot. Bag Raiders (mostlyjunkfood.com)
 

SINGLOWE FAUX PAS

Tradycyjnie w czasie wakacji znalazło się kilka kawałków, przy których mój poziom irytacji przekraczał wszelkie normy. Zwolenników tych nagrań jednak nie brakuje. Cóż, wy sobie kochajcie, ja wolę nienawidzi(e)ć:-)

Enej „Radio hello” (trzy słowa na krzyż i dawaj!; kreatywności wystarczyło na jakieś 30 sekund)

LMFAO feat. Lauren Bennett & GoonRock „Party rock anthem” (moja irytacja jest tym większa, że ten przygłupi numer to de facto najpopularniejszy globalnie przebój okresu wakacyjnego; świat schodzi na psy…)

Sak Noel „Loca people” („what the fuck”)

Sunrise Avenue „Hollywood hills” (ta kapela to dla mnie synonim przeciętności; nuda, nuda, nuda…)

Wet Fingers „Małgośka 2011” (nie cierpię „Małgośki” w oryginale; a słuchanie granego w kółko jednego motywu ze znienawidzonej piosenki przekracza już granice mojej tolerancji).

fot. okładka singla: LMFAO feat. Lauren Bennett & GoonRock „Party rock anthem” (ohmymag.com)
 

KRÓLOWIE RYMÓW

Wyróżnienie za najbardziej grafomański tekst piosenki przyznaję grupie Lady Pank, która tym razem już na serio powinna rozważyć zawieszenie działalności. Myślałem, że po koszmarnym „Strach się bać / Yeah yeah / NORMALNIE strach się bać” trudno będzie wymyślić coś bardziej debilnego (piosenka „Strach się bać”). A tu proszę: „Z dachu dla jaj oglądaj kraj / Najlepiej gdy przychodzi maj / Wesoły bądź, na dachu siądź / Całkiem bez jaj / Piękny to kraj” (piosenka „Z dachu”). Rymy na poziomie 4-letniego dziecka kompromitują ten zespół na całej linii. W tym utworze broni się jedynie podkład. A głos Panasewicza od dawna nie brzmi już tak jak kiedyś. Panowie, czas na emeryturę! Nie dręczcie nas już!
 

KONCERTOWY SURPRISE

Największe koncertowe zaskoczenie tych wakacji zgotowała mi Patrycja Markowska. Na scenie Markowska to wulkan energii, którą roztacza nad zgromadzoną pod sceną publiką, zjednując ją sobie w krótkim czasie. Mimo że nie lubię zbyt często słuchać jej nagrań, w wersji live Patrycja wypadła wyjątkowo przekonująco. Kto nadal ocenia ją przez pryzmat koneksji rodzinnych, na pewno nie słyszał jej na żywo albo jest ślepo zapatrzony w dokonania jej ojca. Tymczasem ona jest już niezależną artystką i na naszych oczach wyrasta na jedną z czołowych polskich wokalistek obecnych czasów. Oczywiście Patrycja nie stała się nagle moją ulubienicą, ale od teraz będę patrzył na nią przychylniej. Relacja z jej koncertu znajduje się tutaj.

fot. Patrycja Markowska podczas koncertu Lata z Radiem w Jaśle (2 lipca 2011 r.) (zdjęcie własne)